Ritualz: Katolicka sztuka jest jedną z moich ulubionych

 

Juan Carlos Lobo Garcia vel Ritualz vel †‡† jest dla wielu najważniejszą postacią witch house'u czy wręcz jego synonimem. W ostatnich latach skierował swoją twórczość na nieco inne tory, lecz pozostał wierny ponurej, nastrojowej i zarazem tanecznej elektronice, którą uraczy publiczność Soundrive Festival 2017. Z tej okazji mieliśmy okazję porozmawiać między innymi o scenie muzycznej w Meksyku, przygodach na trasie i Janie Pawle II.

Jarosław Kowal: Niedawno stwierdziłeś, że zamykasz rozdział w historii Ritualz, wydając wznowienia niektórych starszych EPek. Czym będzie się różnić nowy rozdział? Domyślam się, że nie zaangażujesz wokalistki i nie zrobisz kroku w kierunku synthpopu... A może się mylę?

Ritualz: To bardziej ewolucja niż zmiana. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że nigdy nie przynależałem do żadnego z gatunków. Cały pomysł na moją muzykę bierze się stąd, że chciałbym eksplorować i mieszać różne style, owijać je mroczną esencją - tym właśnie jest Ritualz. Nie planuję dodawania muzyków do zespołu czy zmieniania kierunku na synthpop... aczkolwiek zdecydowanie jest on inspiracją dla tego nowego rozdziału bardziej niż był kiedykolwiek wcześniej.

 

Czy ta zmiana ma związek z "witch housem" - określeniem używanym głównie przez prasę i znienawidzonym przez wielu producentów? Chcesz się od niego odciąć?

Zawsze będę wdzięczny withc house'owej scenie, ludziom, producentom i promotorom, który wspierali mnie w każdy możliwy sposób, więc na pewno sam nie czuję nienawiści. Nie robiłbym tego, co kocham, gdyby nie witch house, ale odkąd wydałem serię EPek pod szyldem "Outworld Music", wyraźnie dystansuję się od tego brzmienia i sceny. Wynika to wyłącznie z tego, że jestem jedną z tych osób, które nie potrafią robić w kółko tego samego. Szybko się nudzę. Kocham muzykę, ale nie potrafię wymyślać cały czas tego samego kawałka. To po prostu nie sprawdza się w moim przypadku, więc spróbowałem nowych rzeczy i nie są to rzeczy, które można by nazwać witch housem. Są czymś znacznie więcej.

Meksyk często jest postrzegany w stereotypowy sposób jako ciepłe, słoneczne miejsce, ale oprócz Ritualz znam wiele meksykańskich grup tworzących ponurą, elektroniczną muzykę, na przykład Hocico, Amduscia czy C-Lekktor. To pojedyncze przypadki czy faktycznie istnieje prężna scena z tego rodzaju muzyką?

Mogę opowiedzieć tylko o tym, co sam dostrzegam. Nie jestem rzecznikiem nas wszystkich, to wyłącznie moja perspektywa. Mexico City to duże miasto, jedne z największych na świecie, ale obowiązuje tu inna kultura niż w innych dużych miastach. Większość osób traktuje tutaj muzykę jak hobby, a nie karierę, czy może nawet bardziej zmuszeni się do traktowania jej w taki sposób, ponieważ względy ekonomiczne nie pozwalają na więcej. Nie sądzę, żeby pogoda miała związek z tym, czym ludzie się tutaj zajmują, jest zresztą bardzo zróżnicowana. To prawdopodobnie ma większy związek z kwestiami społecznymi, życiem w Trzecim Świecie czy zwyczajnie z tym, że wciągnięcie się w ten świat jest bardzo kuszące. Mroczna muzyka jest niesamowicie popularna, choć nie mainstreamowa, w Meksyku jej historia obejmuje ponad trzydzieści lat. Z łatwością przychodzą mi do głowy nazwy zespołów z początku lat 80., które mogłyby być uważane za mroczne czy gotyckie albo przynajmniej inspirowane przez gotyk, a w dodatku jestem pewien, że podobne grupy pojawiały się nawet wcześniej.

 

Dzisiaj jest bardzo wiele projektów związanych z takimi gatunkami, jak gabber, industrial, synthpop, coldwave, EBM, aggrotech, punk, metal, deathrock czy post-punk. Są jeszcze inne, które nie pasują do żadnego gatunku, ale mają wyraźnie mroczne brzmienie. Tak więc twórcy, których wymieniłeś nie są rzadkimi przypadkami, są natomiast najbardziej znanymi w pewnych kręgach, co oczywiście nie znaczy, że nie są dobre. Hocico to jedni z moich ulubieńców wszech czasów.

 

Wiele się dzieje w tym mieście i to od bardzo dawna, ale mam wrażenie, że "scena" z tego rodzaju ponurą muzyką powinna być bardziej zachęcająca dla nowych zespołów, brzmień i ludzi w ogóle, ale także bardziej wymagająca. Wiele osób ma poczucie elitarności i odmawiają jakiegokolwiek rodzaju ewolucji, a inni wspierają grupy, z którymi się przyjaźnią, nie bacząc na jakość. Powinna istnieć równowaga. Nie lubię nawet używać określenia "scena" - natychmiast sugeruje, że istnieją ludzie, którzy mogą cieszyć się tym zjawiskiem i tacy, którzy nie mogą, to zbyt mocno dzieli, ale z drugiej strony domyślam się, że do pewnego stopnia jest tak w każdym miejscu, nie tylko w Meksyku.

Miałem okres intensywnej fascynacji filmami z luchadorami, gdzie pojawiają się te wszystkie mumie, wampiry i wilkołaki, a w dodatku meksykańskie piramidy zawsze wydawały mi się bardziej tajemnicze niż piramidy egipskie. Współczesna kultura, a także folklor meksykański miały wpływ na twoją muzykę?

Nie do końca, lubię czytać i uczyć się o prekolumbijskich kulturach - pod wieloma względami wciąż są bardzo tajemnicze - ale nie mogę powiedzieć, że miały wpływ na moją muzykę. Jeżeli chodzi natomiast o współczesny meksykański folklor, to tak naprawdę nigdy mnie nie interesował.

 

Wielu artystów zajmujących się elektroniczną muzyką z czasem przenosi się do Berlina, ty wciąż mieszkasz w Meksyku. Rozważałeś przeprowadzkę?

Nie, gdybym miał przenieść się do innego miasta, to byłoby to prawdopodobnie Los Angeles albo Londyn, gdyby nie był mega drogim policyjnym miastem.


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive