Smoke Over Dock

Friendly neighbourhood Dave Grohl

Każdy ma przynajmniej jednego przesympatycznego znajomego, z którym świetnie się rozmawia, ale niestety czasami dyskusja schodzi na temat jego/jej sztuki. Muzyka, poezja, fotografia - dziedzina nie ma znaczenia. Wpatrujemy się w czarny kwadrat namalowany na tle jeszcze czarniejszego kwadratu i zastanawiamy się, jak powiedzieć, że jest to po prostu złe. Kiedy jednak otwieramy usta, nieoczekiwanie wydobywa się z nich: "Całkiem niezłe". Takim przesympatycznym "znajomym" jest Dave Grohl.

 

Ostatniego dnia Lorde notorycznie zwracała się do publiki per "Gdańsk" i nie można mieć pretensji do wokalistki z antypodów, że nie rozróżnia miast wchodzących w skład Trójmiasta. Grohl z drugiej strony doskonale wiedział, że dzień przed nim na tej samej scenie wystąpiło Radiohead, wiedział, dla jakiej występuje publiki i co mniej więcej dzieje się podczas festiwalu. Zresztą wykorzystał to doskonale, bo do jednego z utworów zaprosił Alison Mosshart z The Kills, obecną także na nadchodzących albumie Foo Fighters. "La Di Da" było najmocniejszym momentem ponad dwugodzinnego koncertu, ale fenomen tej grupy pozostaje dla mnie zagadką. Rzemiosło fantastyczne, miłość do muzyki i służba ku jej chwale godne podziwu, ale repertuar... W moim odczuciu to nieustanne powtarzanie tych samych schematów i gdyby nie charyzma Grohla, byłby to jeden z najnudniejszych koncertów, jakie widziałem.

Rzemiosło fantastyczne, miłość do muzyki i służba ku jej chwale godne podziwu, ale repertuar...

Jimmy zjadł festiwal

Rozczarowaniem drugiego dnia (i całego festiwalu) była M.I.A., która przedstawiła klubową karykaturę swojego repertuaru. Przebojowych "Bad Girls" i "Paper Planes" nie dało się słuchać, a wielkie ogłoszenie o usunięciu konta na twitterze w kraju, gdzie korzystają z niego głównie politycy na nikim nie zrobiło wrażenia.

 

Świetny występ zaliczyło The Kills, ale w kategorii "muzyka gitarowa" nikt nie mógł dorównać Jimmy Eat World, które na początku wieku wprowadziło muzykę emo do mainstreamu. Dla niewtajemniczonych - nie, Tokio Hotel nie jest emo. Głos Jima Adkinsa (a nawet bardziej jego gitara) niemalże zdmuchnął namiot z Babich Dołów - tak potężnej, szczerej i personalnie angażującej energii nie usłyszałem w ani jednej sekundzie występu Foo Fighters. Poza konkurencją znalazł się jednak Blanck Mass, czyli Benjamin John Power z Fuck Buttons, ale przekonać mogli się o tym nieliczni - namiot Alter Stage świecił pustkami podczas jego ekstremalnie głośnego, electro-industrialnego setu.

Legenda nierozmieniona

Niby na trzeciego headlinera wytypowano The Weeknd, a jednak w piątek najwięcej kontrowersji wzbudziło Prophets of Rage, które dla wielu było "odgrzewanym kotletem" czy "popłuczynami po Rage Against The Machine", ale autorami takich sądów są głównie zatwardziali czytelnicy serwisu Pitchfork przyjmujący publikowane tam teksty jako wyroki oraz osoby, które po prostu nigdy nie wciągnęły się w twórczość Toma Morello i spółki, a czują nieodpartą potrzebę wyrażania opinii na jej temat.

 

Przede wszystkim trzeba oddać grupie to, że jest uczciwa i po zmianie na stanowisku wokalisty kontynuuje działalność pod nową nazwą w odróżnieniu od chociażby Sepultury, Anthrax czy Black Sabbath. Nie są też "cover bandem", jak niektórzy złośliwie żartują, ponieważ wykonuje wyłącznie własne kompozycje, a w dodatku we wrześniu opublikują nowy, autorski materiał, z którego wykonali pierwszy singiel - "Unfuck The World" (B-Real, widziałem, jak ukradkiem czytasz tekst z dłoni!). Wszystkie te działania tworzą wizerunek zespołu unikającego naciągania fanów, dającego możliwość usłyszenia ulubionych przebojów sprzed lat, a zarazem idącego na przód, tworzącego własną historię.

Przede wszystkim trzeba oddać grupie to, że jest uczciwa i po zmianie na stanowisku wokalisty kontynuuje działalność pod nową nazwą w odróżnieniu od chociażby Sepultury, Anthrax czy Black Sabbath.

Od całego tego kontekstu ważniejsze jest jednak to, jakim zespołem jest twór powstały z połączenia sił Rage Against The Machine/Audioslave, Public Enemy oraz Cypress Hill i w tym zakresie trudno mieć zastrzeżenia - muzycy grają z równą sprawnością, jak na początku wieku, a w wykonanie każdego ze swoich hiciorów (od "Killing in the Name" przez "(Rock) Superstar" po "Fight The Power") wkładają wszystkie siły. Od ich tatuaży po sposób scenicznej ekspresji czuć, że są to ludzie wyciągnięci wprost z lat 90., ale jednocześnie potrafią uniknąć przaśności i godnie reprezentują swój dorobek przed nowym pokoleniem.

 

Najlepsze rapsy i najlepsza elektronika

Trzeci dzień festiwalu był najbardziej udanym i właściwie od samego początku można było natrafić na interesujące występy. Świetnie wypadł Mac Miller, jeden z najciekawszych głosów współczesnego hip-hopu, przy którym koncert Rae Sremmurd z pierwszego dnia zmalał do rozmiarów szkolnego przedstawienia. Różnica klas aż biła po oczach, wprowadzając klarowny podział na czysto imprezowego Sremmurda i artystycznie satysfakcjonującego Millera (zresztą nie mogło być inaczej, skoro na jego rewelacyjnym albumie "The Divine Feminine" z zeszłego roku pojawili się między innymi Anderson .Paak i Kendrick Lamar). Sukces jest tym większy, bo Mac Miller nie ma naturalnych predyspozycji do rapowania, jego technika jest dość przeciętna, głos mało charakterystyczny, a jednak determinacja i potrzeba stworzenia czegoś oryginalnego przyniosły sukces.


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive