sd FEST
SD FEST

Open'er 2017: Pokoleniowy pojedynek w deszczu

 

Po szesnastu latach istnienia Open'er stał się polem walki nie tylko z legendarną złą pogodą, ale także pomiędzy pokoleniami. Zewsząd dało się słyszeć głosy dzielące headlinerów na "prawdziwych", czyli Radiohead i Foo Fighters oraz na "marne podroby", czyli The Weeknd i The xx/Lorde, a ponadto na instrumenty uprawomocnione do tworzenia ambitnej muzyki (gitara, perkusja i tak dalej) oraz na "bezwartościowe" laptopy.

Oczywiście na ogół były to głosy starszego pokolenia narzekającego na młodsze, ale w moim odczuciu organizatorzy gdyńskiego festiwalu zasługują wyłącznie na pochwałę za nieprzemienianie swojej imprezy w muzeum muzyki współczesnej, a także za jedną z nielicznych okazji, aby sprawdzić na polskiej ziemi, czego słucha dzisiaj cały świat.

Radiohead odhaczone

Pierwszego dnia wszyscy, którzy nie wybrali się na Open'era po to, aby spijać drinki w Casa Musica, czekali na koncert Radiohead, aczkolwiek z różnych pobudek. Jednymi kierował sentyment; innymi poczucie konieczności zaliczenia koncertu zespołu, który niemalże stał się synonimem określenia "muzyka alternatywna"; jeszcze inni szukali potwierdzenia wstępnego założenia, że będzie nudno i przydługo; a w ostatniej grupie (szybko zresztą zespolonej z przedostatnią) znalazły się osoby niewiedzące, czym jest to całe Radiohead, ale skoro wzbudzają aż tyle emocji, to należy ich sprawdzić.

 

Brytyjczycy doskonale znają swoją publikę i jak przystało na zespół, któremu nie tyle doklejono, co przyspawano etykietę alternatywnego, obrali kierunek pod prąd. W programie zabrakło przebojowych "Creep" oraz "Karma Police", a mimo obecności aż dwudziestu czterech utworów w rozpisce, tylko okazjonalnie sięgano po trzy krążki z samego początku działalności. Rozczarowanie? Tylko jeżeli chcielibyście wepchnąć Radiohead do jednego wora z kapelami pokroju Ratt, które nieustannie koncertują, choć nie nagrywają niczego nowego, a nawet jeżeli nagrają, to publiczność pożera ich za każdym razem, gdy pojawi się obcobrzmiąca nuta. Nie będę ukrywać, że sam po cichu liczyłem na "Karma Police" (tym bardziej, że ostatnio pojawiało się w repertuarze), a nawet bardziej na moje ulubione, zadziorne "Electioneering", ale z drugiej strony imponująca jest konsekwencja, z jaką Radiohead pokonuje grawitację szufladki przygotowanej dla nich przez dziennikarzy i część fanów.

Brytyjczycy doskonale znają swoją publikę i jak przystało na zespół, któremu nie tyle doklejono, co przyspawano etykietę alternatywnego, obrali kierunek pod prąd.

Thom Yorke pomiędzy utworami odzywał się okazjonalnie, częściej chrząkał i mruczał, co w połączeniu z bardzo długim setem (z czego zresztą dzień później nabijał się Dave Grohl) może przypominać egzaltowane uniesienia zespołu Swans, który w 2012 roku za nic nie chciał zejść ze sceny, nie bacząc na to, że tym samym opóźniają rozpoczęcie występu Chrome Hoof. Nic bardziej mylnego. Radiohead nie napinało się, nie odcinało od publiki spojrzeniami skierowanymi w czubki własnych butów i nie tworzyło poczucia doniosłego wydarzenia artystycznego, lecz solidnego - choć technicznie stojącego wyżej od przeciętnego - koncertu rockowego.

 

Pod koniec grupa wykonała "The National Anthem" z wplecionymi fragmentami audycji dotyczącej polskiej służby zdrowia, co najlepiej pokazuje, że Radiohead wciąż jest zespołem zaangażowanym w tworzenie jak najbliższych relacji ze swoimi fanami. Co ciekawe, w relacji serwisu NME odczytano polskojęzyczne elementy jako słowa hymnu. Na szczęście nic nie wskazuje na to, aby w przyszłości odśpiewywanie podobnych wersów podczas państwowych uroczystości było konieczne.

 

Solange > Blake

Jako niespełniony basista nie mogłem przegapić Royal Blood, które przy użyciu zaledwie perkusji i właśnie gitary basowej potrafi generować potężne, nieadekwatne do liczby instrumentów obecnych na scenie brzmienie. Looper? Sample? Tajemniczy gitarzysta ukryty gdzieś na backstage'u? Nic z tego, poprawna odpowiedź to technologia. Wygląda to mniej więcej tak: sygnał basu zostaje przepuszczony przez octaver (efekt zmieniający wysokość dźwięku o całą oktawę), który dzieli go na dwa. Jeden sygnał trafia do przesterów i wzmacniacza gitarowego; drugi przechodzi przez kolejne efekty i wychodzi poprzez wzmacniacz basowy. Dzięki temu słuchaczowi zdaje się, że słyszy i gitarę elektryczną, i basową, choć całość wychodzi spod palców jednego muzyka w tym samym momencie. Instrumentalna sprawność Kerra jest godna podziwu, niestety do pełni sukcesu zabrakło formy wokalnej, za co zresztą muzyk kilkukrotnie przepraszał. Jak już podleczy gardło, to koniecznie musi wrócić, ale tym razem do przytulnego klubu, bo w takich warunkach muzyka Royal Blood sprawdzi się najlepiej.

Looper? Sample? Tajemniczy gitarzysta ukryty gdzieś na backstage'u? Nic z tego, poprawna odpowiedź to technologia.

Do końca zostać nie mogłem, w tym samym czasie w namiocie zaczynał Michael Kiwanuka, którego ubiegłoroczne "Love & Hate" męczyłem tygodniami. Rozpoczęło się identycznie, jak na albumie, od floydowskiego "Cold Little Heart". Głos Kiwanuki zabrzmiał fenomenalnie, a po "Black Man in a White World" zacząłem układać w myślach zdanie, które w nieprzesadzony sposób mianowałoby go objawieniem festiwalu. Stopniowo czar zaczynał jednak pryskać, odgrywanie materiału w dokładnie tej samej kolejności, co na krążku dodało elementu przewidywalności, a z czasem przemieniło się w znużenie. Ostatecznie bez żalu uciekłem sprawdzić Jamesa Blake'a i rozczarowałem się jeszcze mocniej.

 

Przede wszystkim Blake kompletnie nie nadawał się na dużą scenę. Co chwila zagłuszało go dudnienie z Casa Musica czy nawet co głośniejsze rozmowy, ale nawet bez tego byłby to jeden z najsłabszych występów tegorocznego Open'era. Teksty zaczerpnięte wprost z brudnopisu przeżywającego nieszczęśliwą miłość gimnazjalisty stały się jeszcze bardziej nieznośne niż na albumach, a w dodatku Blake za wszelką cenę starał się je unaocznić komiczną mimiką. Dodajmy do tego pozasceniczną zarozumiałość człowieka, któremu wydaje się, że podporządkował sobie całe pokolenie, a w efekcie otrzymamy nadętego bufona o ego wielkości korków w kierunku Babich Dołów w godzinach szczytu.

Teksty zaczerpnięte wprost z brudnopisu przeżywającego nieszczęśliwą miłość gimnazjalisty stały się jeszcze bardziej nieznośne niż na albumach, a w dodatku Blake za wszelką cenę starał się je unaocznić komiczną mimiką.

Doskonałą odtrutką okazał się Solange, która zgodnie z oczekiwaniami była jednym z najmocniejszych punktów Open'era 2017. W programie znalazły się niemal wyłącznie utwory z zeszłorocznego "A Seat At The Table" i chyba nikt nie oczekiwał innego wyboru - to bez dwóch zdań najlepsze kompozycje młodszej siostry Beyoncé. Jej podejście do soulu, funku oraz r'n'b jest świeże i dalekie od schematów, ale zarazem mocno zakorzenione w przeszłości. Jako jedna z nielicznych zdecydowała się także uczynić ze swojego występu spektakl, który przypominał inscenizację filmu blaxploitation z przełomu lat 60. i 70.


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive