ELDO
SD FEST

Biomuzyka przyszłości

 

Wszystko już było, rock nie żyje, a nowe gatunki muzyczne powstają wyłącznie na drodze złączania już istniejących - na pewno każdy z was słyszał podobne marudzenie dziesiątki razy.

W odpowiedzi podsuwaliście Gojirę, Hildur Guðnadóttir, Death Grips, Oneohtrix Point Never, ale mimo sprzeciwu wobec arogancji pesymistycznych słuchaczy, czujecie, że takiego skoku, jak chwycenie za elektryczną gitarę przez Boba Dylana na festiwalu w Newport czy nagranie "Autobahn" przez Kraftwerk już od dawna nie było. Czy w ogóle jest to jeszcze możliwe?

 

Wszystko już było, rock nie żyje, a nowe gatunki muzyczne powstają wyłącznie na drodze złączania już istniejących - na pewno każdy z was słyszał podobne marudzenie dziesiątki razy. W odpowiedzi podsuwaliście Gojirę, Hildur Guðnadóttir, Death Grips, Oneohtrix Point Never, ale mimo sprzeciwu wobec arogancji pesymistycznych słuchaczy, czujecie, że takiego skoku, jak chwycenie za elektryczną gitarę przez Boba Dylana na festiwalu w Newport czy nagranie "Autobahn" przez Kraftwerk już od dawna nie było. Czy w ogóle jest to jeszcze możliwe?

 

Wydawało się, że muzyka tworzona za pomocą komputerów otworzy dostęp do nieograniczonych możliwości kompozytorskich. Muzyka konkretna, Studio für Elektronische Musik w Kolonii, amerykańska tape music, studio NHK w Tokio czy Studio Eksperymentalne Polskiego Radia w Warszawie - każdemu z tych zjawisk czy miejsc towarzyszyła rewolucyjna atmosfera, której dzisiaj nie odtworzy ani Suicide Commando przy kolejnym aggrotechowym przejawie geniuszu; ani Skrillex, rozmieniając swój brostep na coraz więcej drobnych, ani nawet IDMowi wizjonerzy pokroju Aphex Twin czy Autechre. Nie próbuję tym samym powielić wyświechtanego sądu o tym, że "wszystko już było". Podejrzewam, że gdyby ludzie pierwotni komunikowali się werbalnie, to już trzecia osoba podejmująca próby stukania w bębenek skonstruowany z kawałka drewna i bawolej skóry usłyszałaby właśnie: "Wszystko już było".

Wszystkiego jeszcze nie było, a doskonałe przykłady to festiwale Tauron Nowa Muzyka, Sacrum Profanum czy Dni Muzyki Nowej.

Wszystkiego jeszcze nie było, a doskonałe przykłady to festiwale Tauron Nowa Muzyka, Sacrum Profanum czy Dni Muzyki Nowej. Pojawiająca się tutaj "nowa muzyka" może wyglądać jak hasło reklamowe pyszałkowatej kapeli próbującej podkreślić samozwańczą innowacyjność, ale faktycznie jest to określenie gatunkowe, jakim bezpośrednia kontynuacja muzyki klasycznej opisywana jest mniej więcej od początku XX wieku. W końcu dosyć dziwnym byłoby określanie niespełna trzydziestoletniego Ólafura Arnaldsa klasykiem. Na tego typu wydarzeniach dzieją się rzeczy niebywałe - Charlotte Hug gra na skrzypcach zaprojektowanym według jej pomysłu smyczkiem, który oplata struny i potrafi wydobyć osiem dźwięków w tym samym czasie; kiedy indziej dobierają się wokalistka (Sidsel Endersen) oraz człowiek z zupełnie pustym samplerem (Jan Bang), który nagrywa swoją towarzyszkę w czasie rzeczywistym i na bazie jej głosu tworzy bity. Widziałem wiele podobnych, nowatorskich pomysłów, a jednak wszystkie odwołują się do tego samego instrumentarium, które po prostu zostało niecodziennie użyte czy spreparowane.

 

Najbliżej całkowicie nowym brzmieniowym doznaniom była szósta edycja Dni Muzyki Nowej. Najpierw duet Gamut Inc zaprezentował zestaw autorskich instrumentów, które nie tylko były maszynami wydającymi jakieś dźwięki, ale przede wszystkim maszynami wydającymi dźwięki układające się w muzykę (co dla konserwatywnego zwolennika filozofii Johna Cage'a byłoby jednym i tym samym). Ostatecznie te fenomenalne machiny były jednak cyborgami stworzonymi na bazie banjo czy bębna i kontrolowanymi za pomocą komputera, a więc wciąż części składowe "nowego" były stare, doskonale znane ludzkości od lat. Największym zaskoczeniem okazał się projekt Symbiotyczność Tworzenia, gdzie współautorkami kompozycji zostały mrówki farmerki. Tutaj wprawdzie trzeba było stać się konserwatywnym zwolennikiem filozofii Johna Cage'a, aby odebrać wyselekcjonowany z ludzkiego akompaniamentu dźwięk przemieszczających się mrówek jako muzykę, ale ten trop pozwala wierzyć, że tworzenie naprawdę nowej muzyki będzie kiedyś możliwe.

Trzeba było stać się konserwatywnym zwolennikiem filozofii Johna Cage'a, aby odebrać wyselekcjonowany z ludzkiego akompaniamentu dźwięk przemieszczających się mrówek jako muzykę, ale ten trop pozwala wierzyć, że tworzenie naprawdę nowej muzyki będzie kiedyś możliwe.

Rozwiązaniem może okazać się nie rozwój elektroniki, informatyki czy robotyki, lecz biotechnologia, rozwój ewolucyjny człowieka lub innych organizmów. W późnej kredzie tereny obecnej Ameryki Północnej zamieszkiwał parazaurolof - dinozaur o pokaźnym grzebieniu, za pomocą którego prawdopodobnie wydawał dźwięki. Jakie? Nie wiadomo, ale jest wysoce prawdopodobne, że brzmienia tego "bioinstrumentu" nie jest w stanie odtworzyć żaden ze znanych w XXI wieku instrumentów. Oczywiście szanse na to, że człowiek doczeka wytworzenia podobnego grzebienia lub jakiegokolwiek innego bioinstrumentu na własnym ciele w sposób naturalny są zerowe, ale na szczęście istnieją jeszcze możliwości laboratoryjne.

Kino science-fiction (czy nawet bardziej body horror) dostarcza kilku potencjalnych rozwiązań, jednym z najciekawszych jest pomysł Davida Cronenberga zobrazowany w filmie "eXistenZ". Nie ma tam wprawdzie bioinstrumentów, są natomiast biokonsole do gier wideo zwane aktywatorami. Każdy z takich aktywatorów jest w pewnym sensie zwierzęciem wyhodowanym z zapłodnionego jaja płaza nafaszerowanego syntetycznym DNA. W praktyce rozpoławia się na przykład żabę i wyciąga z niej konsolę. Źródłem mocy tych "urządzeń" jest natomiast człowiek. Aktywator wszczepia się poprzez bioport do kręgosłupa i można rozpocząć uczestnictwo w czymś znacznie bardziej realnym niż wirtualna rzeczywistość.

Bioinstrument byłby jak przeszczepiona dłoń, nad którą mamy pełną kontrolę, lecz w pakiecie jest zestaw niewyobrażalnych dotąd możliwości

 

Już na starcie pojawiłyby się dylematy moralne, sprzeciw prozwierzęcych czy proekologicznych aktywistów, strach przed infekcjami oraz efektami ubocznymi symbiozy z innym organizmem, ale załóżmy, że wszelkie przeszkody zostały pokonane i mamy gotową hybrydę zwierzęcia oraz instrumentu, którą jesteśmy skorzy podłączyć do siebie samych. Pierwsza modyfikacja jaką warto wprowadzić w stosunku do pierwowzoru z "eXistenZ" to bioport. Chirurgiczna instalacja oraz ewentualne komplikacje mogą skutecznie odstraszać użytkowników, więc lepszym rozwiązaniem byłoby połączenie przy pomocy czegoś, co przypominałoby macki kałamarnicy. Druga modyfikacja to wyeliminowanie konieczności ręcznej obsługi bioinstrumentu. W filmie aktywatory były zarazem padami do gry, ale skoro mamy do czynienia z elementem tymczasowo przedłużającym nasze ciała, to do jego użytkowania powinna wystarczyć sama wola. Podobnie jak zdrowy człowiek nie musi za każdym razem używać rąk, gdy chce przesunąć nogę, nie byłoby konieczności wciskania ewentualnych klawiszy czy szarpania za struny. Bioinstrument byłby jak przeszczepiona dłoń, nad którą mamy pełną kontrolę, lecz w pakiecie jest zestaw niewyobrażalnych dotąd możliwości.

Jak mogłoby to brzmieć? Tego nie da się odgadnąć. W starogreckich tekstach jest sporo opisów nieba, ale żadne nie zawiera słowa "niebieski" i wszystko wskazuje na to, że była to barwa niewidoczna dla ówczesnych ludzi zamieszkujących te tereny (prawdopodobnie dlatego, że w naturze występuje niezwykle rzadko). Opisanie nawet Sokratesowi, czym jest niebieskość byłoby równie niemożliwe, jak opisanie dźwięku, którego nigdy dotąd nie słyszeliśmy. Wygląda jakbym wypisywał bzdury dla samej przyjemności dręczenia czytelników rzeczownikami, czasownikami i przymiotnikami? Nie do końca, prototyp pierwszego bioinstrumentu już powstał.

 

Chromochord daleko odbiega od bioinstrumentu stworzonego na wzór filmowego aktywatora, ale podstawą dla jego działania są białka roślinne i ich reakcje na promienie słoneczne. Instrument wyposażony jest w dwanaście fiolek z białkami, każda podłączona do innego dźwięku. Kiedy światło pada na jedną z nich, białka puchną, zmieniając długość pochłanianych fal. Czujnik mierzy ten proces i pozwala wydobyć dźwięk. Dużym mankamentem jest brak własnej palety dźwięków i konieczność korzystania z już gotowych, ale jeżeli prześledzicie historię muzyki konkretnej, która dała podwaliny pod muzykę elektroniczną, to zauważycie, że sytuacja była bardzo podobna, a że historia lubi się powtarzać...

 

Za naszego życia raczej nie doczekamy bioinstruemntów chociażby dlatego, że rozwój biotechnologii nie jest tak potężnie finansowany, jak rozwój technologii cyfrowej. Może jednak zdarzy się tak, że za sto-dwieście lat ludzie jakimś cudem unikną samozagłady, a w podrzędnych klubach notorycznie występować będą cover bandy grające tributy dla Combichrist, Ulver albo Anohni przy użyciu oplatających ich kałamarnic o mackach zakończonych czymś, co tylko ze względów estetycznych i sentymentalnych przypominać będzie dzisiejsze instrumenty.


NAJNOWSZE FELIETONY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive