Pedal Distorsionador

 

Niektóre zespoły potrafią komponować chwytliwe przeboje, inne mają wyjątkowe brzmienie, a jeszcze inne wyróżniają się wyglądem. Są też takie, które mają to wszystko...

Kiedy The Stooges wychodzili na prowizoryczną scenę prowizorycznego klubu gdzieś pod dwa razy mniejszym od Gdyni Ann Arbor, w najśmielszych fantazjach nie odważyliby się przypuszczać, że otwierają nowy rozdział w historii muzyki. Właściwie liczyli tylko na darmowy alkohol i uskutecznienie podrywu techniką „na gwiazdę rocka”. Sypiąca się rudera, znana jako Fun House, stała się miejscem poczęcia niezliczonych nieślubnych dzieci, ale także tysięcy zespołów na całym globie. Pedal Distorsionador jest jednym z nich, lecz pokaźne dźwiękowe rodzeństwo nie przeszkodziło mu w stworzeniu własnego stylu.

 

Trafiłem na nich w 2012 roku i jeszcze zanim po raz pierwszy odsłuchałem, chwilę zajęło mi sylabizowanie drugiego członu ich nazwy. „Dis-Tor-Sio-Na-Dor” - nie ma szans, żeby fani skandowali tak trudne słowo w trakcie koncertu, zostaje „Pedal”. Wojtek - wokalista, założyciel i kompozytor - ma jednak rację, twierdząc, że: „Pedal Distorsionador brzmi melodyjnie, dobrze wygląda na plakacie i jest gwarancją, że żaden inny zespół na pewno się tak nie nazywa”. Od siebie dodam, że nazwa w pełni odzwierciedla brzmienie działających pod nią muzyków. Pedal Distorsionador to w tłumaczeniu na język polski po prostu przester - narzędzie, które w tym wypadku ma istotniejsze znaczenie niż którykolwiek z instrumentów.

 

Trzy nowe piosenki, które miałem okazję przesłuchać w bardzo surowych wersjach, robią piorunujące wrażenie głównie za sprawą głosu gitary. „Bitter Reality of Superheroes” brzmi tak dziwacznie, że gdyby podpisać je jako odegrane na syntezatorze, uwierzyłbym bez zadawania pytań. W „D4$ (Dancing For Dollars)” gitara elektryczna i basowa są dosłownie jednością. Jeden instrument dzięki maleńkiej skrzyneczce wydaje masywne, zmuszające subwoofer do tańca po podłodze dźwięki. Z kolei solówka mogłaby równie dobrze zostać wykorzystana w niskobudżetowym film science-fiction jako na przykład dźwięk wystrzału z futurystycznej broni. Podobnie jest z „Sonnenallee” z jednej strony kojarzy się z niewytłumionym garażem, z drugiej z Międzynarodową Stacją Kosmiczną. Takich efektów nie usłyszycie nigdzie indziej, a przyczyna jest prosta - Wojtek buduje je samodzielnie. „Na początku coś dłubałem z kumplem, ale on nie miał czasu i musiałem się sam nauczyć z internetu - opowiada. - Właściwie jak się zacznie robić sprzęty, to już nie można przestać, więc jeśli czegoś potrzebowaliśmy, to zaczynałem uczyć się, jak to zbudować. Do tego dochodzi jeszcze praktyka i sporo zmarnowanych płytek drukowanych. Majsterkowanie daje też to, że właściwie każde brzeminie jest w zasięgu ręki, zresztą oryginalnych fuzzów i tak jest tylko z pięć, reszta to wariacje”.

Nawet najwymyślniej zmodyfikowane pudło byłoby jednak niczym, gdyby nie pomysł na jego wykorzystanie i tutaj ujawnia się największy atut kapeli - umiejętność komponowania hiciorów. Począwszy od najstarszego, nagranego jeszcze tylko przez duet Wojtek i Bauer materiału trudno jest usiedzieć w bezruchu, słuchając utworów pokroju „Man Bites Dog”, „The Hip Blues” czy „Boner Stoner”. Są tak silnie nasycone chwytliwymi melodiami, że głośniki zdają się oplatać słuchacza jakąś niewidzialną nicią i robią z niego kukiełkę na usługach wyginającego kark, układającego dłonie do gry na „powietrznej” perkusji, uderzającego piętą o podłogę rytmu. „Słowo »hicior« nie jest dla nas w żadnym razie obraźliwe, wręcz przeciwnie, zawsze staramy się robić rockowe bangery, chcemy tworzyć muzę, którą ludzie będą puszczać sobie na domówkach” - twierdzi Wojtek.

 

Dwa najnowsze single - „Detroit” oraz „Nose Full of Glass” - pokazują kierunek, w którym zespół się rozwija - jeszcze mocniej przesterowane i jeszcze bardziej chwytliwe, uzależniające silniej od całej chemii, jaką przez swoje ciało przepuścił Iggy Pop przeboje. Jeżeli dodać do tego nietypowy wygląd sceniczny (najwyraźniej także kontrowersyjny, bo już zdołał doprowadzić do bójki), powstaje wytwór kompletny, z pomysłem na każdy detal swojej muzycznej egzystencji. Jedyne, co może go ograniczać, to czynniki zewnętrzne. „To trochę takie błędne koło, bo żeby ukazać pełne brzmienie Pedala potrzebujemy sporej sceny, dobrego nagłośnienia i tak dalej, wtedy możemy pokazać sto procent naszych możliwości – twierdzi Wojtek – ale problem jest taki, że żeby ktoś nas puścił na dużą scenę, to musi najpierw zobaczyć sto procent naszych możliwości . W tej chwili gramy w cztery osoby, zarówno gitara, jak i syntezator na zmianę odpowiadają za bas, więc musimy mieć zawsze do dyspozycji dwa piece basowe i dwa gitarowe na instrumenty, ale raczej staramy się załatwiać, żeby jak najwięcej rzeczy było na miejscu”.

 

Materiał zatytułowany po prostu „Pedal Distorsionador”, a także wspomniane single można ściągnąć bezpłatnie ze strony internetowej zespołu (www.pedaldistorsionador.com). „Pierwszy album nagraliśmy w piwniczce na jeden mikrofon (choć niezgorszy!) i właściwie nie mieliśmy serca brać hajsu za nagrania, które nic nas nie kosztowały poza czasem” - opowiada Wojtek i zapewnia, że za nowe hity trzeba będzie już zapłacić. Może jest to prosta muzyka i łatwo ją przyrównać do wielu innych projektów, ale na atawistyczną potrzebę nadawania życiu właściwego rytmu odpowiada z nawiązką. Człowiek pierwotny czy rozumny, to nie ma żadnego znaczenia – wobec melodii Pedal Distorsionador wszyscy jesteśmy równie ulegli i jestem gotów zapłacić za to ostatnią złotówkę.

 

fot. numalab


Najnowsze treści z działu Soundrive Stage

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive