John Lake

 

Wielu heavy metalowych perkusistów lubuje się w potężnych, lepiej wyposażonych w gary i talerze niż kuchnia Magdy Gessler zestawach, ale kiedy przychodzi co do czego, i tak tłuką na zmianę w werbel, hi-hat i stopę. Z muzyką elektroniczną bywa podobnie. Kable, procesory, ekrany, syntezatory, stół zawalony niczym na jarmarcznym straganie, a czasami poza wciśnięciem „play” niewiele można z tym wszystkim zrobić.

John Lake, czyli Łukasz Dziedzic prezentuje odwrotność technologicznej klęski urodzaju. Za pomocą zaledwie dwóch Kaoss padów tworzy dźwięki, które jednocześnie emanują posępnym nastrojem i skłaniają do podrygiwania.

 

Rozmowę z Łukaszem zacząłem właśnie od pytania o to, czy chce zmusić słuchaczy do tańca, czy raczej wpędzić ich w depresję. Mogą tańczyć ze smutku albo ze strachu [śmiech] - odpowiada. - To miało być trochę jak ścieżka dźwiękowa z horroru, do której dałoby się tańczyć, chociaż nie wiadomo po co. Wyjściowe założenie zostało zrealizowane w stu procentach. Już przy dźwiękach otwierającego album (nie licząc intra) „Vitun Voimalla - Power of Cunt” łatwo można sobie wyobrazić maniakalnego zabójcę w domowej roboty masce śledzącego niczego niepodejrzewającą niewiastę wzdłuż słabo oświetlonej ulicy. Po pięciu minutach wreszcie ją dogania, ale okazuje się, że nie ma przy sobie ani maczety, ani topora, ani nawet noża kuchennego. Zamiast oklepanych technik, postanawia wytańczyć dziewczynę na śmierć. Umiejętne połączenie mroku z rytmem, któremu nie sposób się oprzeć jest niezwykle trudnym zadaniem. To jakby nakręcić film familijny z Michaelem Myersem jako głównym bohaterem.

John Lake nie trzyma się stereotypowej stylistyki techno, nie ma jednak aż tak eksperymentalnego odjazdu, żeby istnienie jego muzyki miało rację bytu tylko w przestrzeni domów słuchaczy. Mam przetestowane i granie w galeria sztuki, i na festiwalach typu Tauron - opowiada Łukasz. - W galeriach ludzie mówią: "Ale odjazd, wkręciliśmy się, ale jakoś tak chciało się tańczyć, a nie wiadomo, czy wypada, bo to nie impreza". Natomiast na festiwalu bardzo dużo ludzi tańczyło, a dodatkowo mieli dziwne odczucia, że to strasznie jakoś na psychikę im działało. Doskonałym przykładem jest utwór „Uwan - Nothing But Sound”, który w towarzystwie może prowokować do bujania się, ale w pustym, ciemnym pokoju może wywołać gęsią skórkę. Wiadomo, że techno to nie muzyka do słuchania w domu, w fotelu, ale myślę ze w "Strange Gods" można się wciągnąć, jeśli ktoś lubi taką narrację - dodaje Łukasz.

 

Temat różnego rodzaju bogów, przeważnie dosyć egzotycznych jest obecny w twórczości John Lake od samego początku. Już na pierwszej płycie pojawiły się czcicielki słońca, potem "Carcosa" rozwijała te tematy, ale zawsze była w tle jakaś rytualność, co jednak ważne - przefiltrowana czy inspirowana kulturą masową. Planuję projekt o prasłowiańskich wierzeniach, ale nie jest to proste zadanie. Chcę uniknąć jakiejś ludyczności i polskości, traktować to z dystansem. Dodatkowy problem jest taki, że nie chcę wejść w nurt fantasy, czy coś koło tego. Poruszanie się tutaj może być wejściem w mocny kicz, więc trzeba uważać. Uwielbiam kulturę masowa, ale staram się z niej korzystać po swojemu. Do zobrazowania swojej muzyki Łukasz wykorzystał między innymi kadry z japońskiej klasyki kina grozy „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”. Posępna atmosfera zachęcająca do grupowego pląsania wyzwala jednak znacznie śmielsze filmowe skojarzenia pokroju niesławnych „Satanico Pandemonium: La Sexorcista” czy „High Priestess of Sexual Witchcraft”. Można to odczuć szczególnie w najbardziej „przebojowym” na krążku „Damballah the Sky Father”, które doskonale podkreśla typowo pogańskie wyparcie rozdziału człowieka na duszę i ciało. Tutaj stymulacja przebiega holistycznie - od sfery metafizycznej po najmniejszy z ludzkich mięśni.

 

Wygenerowanie takich dźwięków za pomocą jedynie Kaoss padów może wydawać się zaskakujące, ale Łukasz nie przykłada aż tak dużej wagi do źródła muzyki. Ograniczyłem się, żeby paradoksalnie mieć większą wolność i kontrolę w generowaniu spójnego brzemienia i w metodzie pracy. Nie wykluczam, że po prostu zupełnie z tego zrezygnuję w którymś momencie i następna płyta powstanie w zupełnie inny sposób. To był moment, kiedy miałem dość "produkowania muzyki", chciałem zgrywać w locie. Miałem dostępne takie, a nie inne narzędzie i okazało się, że nawet na tych pudełkach da się zrobić rytm na żywo i parę innych rzeczy. Narzędzie nie jest do końca ważne, bardziej to, czy masz pomysł, co z nim zrobić. Grałem za młodu na gitarze i darłem się w wielu kapelach od punka przez black metal po hardcore i noizz, więc to dla mnie naturalne, że granie na żywo jest fajne. Kaoss pozwala na manualne działanie - wiadomo, że to tylko palec i szybka panelu dotykowego, ale nie jest to doskonałe, matematyczne. Jest miejsce na błędy i przypadek, a to mi się bardzo podoba.

 

„Strange Gods” jest nie tylko kolejnym bardzo dobrym, rytmicznym albumem na polskiej scenie elektronicznej. To przede wszystkim świetny, dopracowany w każdym szczególe pomysł zrealizowany według obranej kilka lat temu wizji kreowania brzmienia, która z roku na rok staje się coraz bardziej imponująca, pomimo trwałego minimalizmu. Najnowsze wydawnictwo John Lake to gratka nie tylko dla pasjonatów techno, ale także dla każdego, kto lubi syntetyczny chłód, niezależnie od tego, czy stoi za nim etykieta „ambient”, „EBM” czy „trip-hop”. Wśród albumów datowanych na rok 2015 nie znajdziecie wielu o zbliżonym charakterze.

 

fot. Agnieszka Lisowska


Najnowsze treści z działu Soundrive Stage

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive