Mayatri

 

Słyszycie didgeridoo, drumlę, kalimbę, słyszycie nazwę „Mayatri” i wasze myśli uciekają w nieznanym kierunku, instynktownie szukają bliżej nie sprecyzowanej egzotyki, a tymczasem wszystko, co słyszycie powstało tutaj, na naszym gdańskim podwórku.

Co faktycznie oznacza słowo „mayatri”? W internecie można odnaleźć kilka wskazówek, między innymi określenie życiowej ścieżki, zgodnie z którą konieczne jest stanie się przyjacielem dla siebie samego. Bardziej szczegółowych informacji próżno szukać, a Agnieszka Kamińska - połowa duetu - wyjaśnia dlaczego: „Słowo »mayatri« to nasz wspólny twór, przypomina trochę »maitri«, które oznacza przyjaźń, ale to nie to samo słowo. Mayatri to dla nas siła, taka sama, jak siła wody czy drzewa. Moje spotkanie z Martą [Sapierzyńską] było nieco przypadkowe, ale już od pierwszej próby poczułyśmy, że to jest to - że się uzupełniamy, że mamy razem tak zwany flow”. Potwierdzenie dla tych słów jest słyszalne już od pierwszych minut otwierającego album „Nohum Deia”. Potężny bit na bębnach zajmuje centralne miejsce kompozycji. Przypomina nieco goa trance spod znaku Juno Reactor, ale tutaj mamy do czynienia z wydaniem całkowicie organicznym, pozbawionym wsparcia współczesnej technologii. Jak przystało na tego rodzaju hipnotyczne brzmienie, wiele motywów powtarza się, tworzy tajemniczą atmosferę, w której niemal jedyną zmienną jest głos Agnieszki.

„Muzyka jest dla nas potrzebą duszy, chyba każdy muzyk tak ma? - Agnieszka opowiada o początkach pasji do muzyki tworzonej przez Mayatri. - Marta gra na didgeridoo od wielu lat; instrument ten jest niezwykle hipnotyczny i transowy, więc można się wciągnąć - tak było w jej przypadku. Ja z kolei od dawna szukam w muzyce możliwości tworzenia pewnych krajobrazów, takich światów półrzeczywistych. Ciężko mi było znaleźć te krajobrazy w jazzie, który przez wiele lat śpiewałam, czułam, że istnieje coś wielowymiarowego, coś, co przenosi człowieka w inny wymiar, zakotwicza się w czasoprzestrzeni i w jakiś sposób zmienia świadomość. Gdy się spotkałyśmy, okazało się, że mamy podobne myślenie o muzyce - dużo przestrzeni, możliwość kreowania »czasowej dziury« w muzyce. Mamy nadzieję, że nasi słuchacze też w nią wpadną”. Nie jest to zadanie łatwe. Duet obrał bardzo trudny kierunek, właściwie bez perspektyw na medialną karierę czy obecność na festiwalach z muzyką „alternatywną”. Czy jest to więc muzyka, która posiada sprecyzowanego odbiorcę, czy raczej powstała z osobistej potrzeby ekspresji. „Nie boimy się o to, wiemy, że są ludzie, którzy będą nas słuchać, to dla nich gramy i tworzymy - odpowiada Agnieszka. - Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest muzyka komercyjna i nigdy taka nie będzie, ale chcemy grać w interesujących przestrzeniach i zarażać swoją wizją. Ciekawi nas połączenie muzyki i przestrzeni, więc na pewno w tym kierunku pójdziemy. Będziemy również tworzyć muzykę do filmu i teatru”.

Pośród dziewięciu utworów zarejestrowanych na debiutancki album znalazł się jednak jeden o odmiennym, odleglejszym od world music, lecz równie intensywnie wyłączającym świadomość słuchacza charakterze. W „Land of Peace” Agnieszka wysoko rozpoczyna każdy z wersów, po czym stopniowo wygasza je do szeptu, a jednak przez cały czas jej głos jest najgłośniejszym ze słyszalnych dźwięków. Instrumenty tworzą tło z pogranicza ciszy, a rezultat ma szanse dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców, chociażby do słuchaczy trip-hopu. „Gdy miałyśmy już wszystkie nagrania, długo zastanawiałyśmy się, co wypuścić jako pierwsze. - opowiada Agnieszka. - »Land of Peace« jest chyba najlżejszym utworem ze wszystkich, a ta nasza pierwsza płyta jako całość ma w sobie trochę mroku, szczególnie utwory »2000 Stones« czy »Earth Call«, ale to właśnie w nas siedziało, więc to wypuszczamy w świat. Chciałyśmy zacząć lekko - dlatego ten utwór poszedł na pierwszy ogień - i stopniowo wprowadzać słuchaczy w ten nasz świat. A pojawiają się już kolejne utwory, które są nawet bardzo radosne”.

Czy jednak to, co słychać na albumie może zostać odtworzone na żywo? A może bogactwo instrumentów i pomysłów to efekt „magii” studia? „Ciekawe, że o to pytasz. Okazało się już kilka razy, że gdy gramy na żywo, a nie w studio, udaje nam się zagrać o wiele lepiej niż na nagraniach - bo wiele zmienia przestrzeń, w której gramy oraz słuchacze - twierdzi Agnieszka. - Więc bardziej czujemy »magię grania na żywo«. W studio nagrywaliśmy wszystko na żywo, dołożyliśmy praktycznie tylko trochę pogłosu. Nie chcieliśmy za bardzo ingerować w utwory, bo ta muzyka taka właśnie ma być. Choć didgeridoo jest bardzo trudnym instrumentem jeśli chodzi o nagłośnienie - ma bardzo mocne wibracje - to mając dobrego akustyka, uda nam się zrobić to nawet lepiej niż w studio”. Praca akustyka przy takim koncercie musi być jednak istnym koszmarem... „No właśnie... Nie jest to łatwe, to są skrajnie różne instrumenty - didgeridoo, fujara pasterska, drumla... Dotychczas każdego akustyka musiałyśmy naprowadzać, ale mamy cierpliwość, bo wiemy, że na takich instrumentach gra niewiele osób. My też się uczymy ich brzmienia w przestrzeni, ale jednocześnie wciąż poszukujemy osoby, która będzie na tyle w temacie, że nie trzeba jej będzie instruować”.

Prawdopodobnie żaden z dotychczas opisanych w niniejszym dziale projektów nie zasłużył na miano niszowego w równym stopniu, co Mayatri. Kiedy jednak wyjdzie się poza ramy sztywnego, gatunkowego myślenia, można odkryć muzykę silnie oddziałującą na emocje bez względu na stylistyczne preferencje. Agnieszka Kamińska i Marta Sapierzyńska tworzą poruszające, melancholijne dźwięki, wykorzystując obce dla przeciętnego słuchacza instrumentarium, ale znacznie ważniejsza jest ich umiejętność gry na uczuciach.

fot: mat.arch


Najnowsze treści z działu Soundrive Stage

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive