Soundrive Live

Cztery razy ogień - Knock Out Tour w B90

 

Pierwsze dni grudnia to początek Knock Out Tour 2015 - wspólnej trasy koncertowej takich weteranów sceny metalowej, jak Frontside oraz Decapitated.

W sobotę, 5 grudnia, w gdańskim klubie B90 fani mieli okazję być świadkami drugiego koncertu w ramach tego wydarzenia.

Knock Out Tour z publiką rozgrzaną wcześniej porządnym supportem (planowo mieli to być Materia oraz Totem) to wydarzenie, które powinno zebrać całe tłumy fanów mocnych brzmień. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy na kilkanaście minut przed otwarciem klubu na miejscu zjawiła się zaledwie garstka osób. Koniec końców publika nie zawiodła jednak i choć sporo fanów zdecydowało stawić się pod sceną dopiero na główne gwiazdy tego wieczoru, to i sam support przyciągnął pokaźne grupy słuchaczy.

Scylla

Zaplanowana trasa uległa jednej zmianie - zamiast Materii na scenie jako pierwsza pojawiła się grupa Scylla. Szczerze mówiąc, niewiele na ich temat wiedziałam czy słyszałam i tym większe było moje zaskoczenie ich występem. Sam zespół, wykazując spory dystans do siebie, zażartował, że pewnie nikt ich nie kojarzy - po czym tak rozpoczął swój popis, że poczułam się zszokowana tym, że tak mało wciąż o nich słychać. Szczecińska formacja zdecydowanie zasługuje na duży rozgłos. Scylla zagrała kilka utworów - w każdym z nich świetnie zgrywały się instrumenty; wyczuwało się bardzo dobrą współpracę między członkami zespołu nie tylko zresztą w brzmieniu, ale i w atmosferze, w jakiej przebiegał ich występ. Na szczególną uwagę zasługuje wokalista - nieskończonymi pokładami energii mógłby obdarzyć kilku frontmanów. Żywiołowo poruszał się po scenie, nie będąc w stanie dłużej ustać w jednym miejscu; przy tym fantastycznie dopracował wokalem solidne i ciężkie brzmienie zespołu. W przerwach między utworami grupa dbała o dobry kontakt z publiką, która coraz chętniej podchodziła pod barierki. Ogromny zapał, mocne metalowe brzmienie, świetny wokal, entuzjastyczne nastawienie do publiki i podziwu godna precyzja w wykonaniu, jakiej można się spodziewać po headlinerach - to wszystko zachwyciło gdańską publiczność. Zebrani pod sceną nie pozwolili Scylli skończyć po odegraniu planowej liczby utworów i domagali się bisu. Prośba została spełniona i z jeszcze większym natężeniem oraz mocą grupa przystąpiła do wykonania dodatkowego kawałka, na długo wpisując się w pamięć widowni.

Totem

Po brawurowym występie Scylli przyszedł czas na drugi support - w tej roli zespół Totem, czyli połączenie metalcore z melodyjnym thrashem i death metalem. Działająca już od trzynastu lat grupa ma za sobą spore doświadczenie, dwa świetne krążki demo i dwa bardzo dobrze przyjęte albumy - "Before the End" oraz "Let's Play". Ponadto szereg tras koncertowych i występów obok największych gwiazd sceny metalowej był niewątpliwie wzbogacającym doświadczeniem dla grupy - Totem nie ustępuje headlinerom i ściąga równie pokaźne tłumy na swoje koncerty. Podobnie było i wczoraj - ledwo wybrzmiały pierwsze uderzenia i dźwięki, a liczba osób zebranych pod sceną uległa co najmniej podwojeniu. Później było jeszcze lepiej - a wszystko za sprawą fantastycznego, mocnego brzmienia: ciężkich riffów przeplatanych ciekawymi solówkami, doprecyzowanych uderzeń na bębnach i jednego z najbardziej ciekawych głosów w muzyce metalowej. Choć zdominowana przez mężczyzn, polska scena metalowa musi nisko pokłonić się Weronice "Werze" Zbieg - wokalistka Totemu potrafi zrobić niemało hałasu, nie tylko głosem, ale i osobowością. Zupełnie zdominowała scenę w B90 i pokuszę się o stwierdzenie, że była najbardziej wyróżniającą się osobą tego wieczoru. Dobrze posłuchać tak mocnego i dopracowanego wokalu - świetnego damskiego growlu przechodzącego w czysty, pełny głos, a za chwilę znowu powracającego do niskiego, potężnego, gardłowego ryku. Najmocniejszy akcent koncertu to chyba stare, dobre "Thrash the South". Nie zabrakło jednak niespodzianek w postaci nowych utworów ze świeżo wydanej EP "Limbo". Wera na dobre rozgrzała publikę - śpiewem, żywiołowym poruszaniem się na scenie i stałym kontaktem z fanami. Pod sceną utworzył się młyn i zaczęło się prawdziwe szaleństwo, które nie miało końca aż do ostatniego wykonawcy tego wieczoru.

Frontside

O ile zespoły supportowe mogły być zaskoczeniem, o tyle występ Frontside był gwarancją dobrego koncertu. Już wcześniej atmosfera w B90 była gęsta, a z momentem wyjścia członków zespołu na scenę napięcie sięgnęło zenitu. Kapela ma już tak wyrobioną pozycję, że nie musi wiele robić, by zadowolić fanów - wystarczy, że wyjdzie i zagra, a to zawsze wychodzi jej dobrze. Chociaż część fanów mogła mieć wątpliwości co do kierunku, w jakim w ostatnim czasie zmierzał Frontside, to setlista okazała się satysfakcjonująca - pojawiły się utwory również ze starszych albumów. Na poprzednich dwóch krążkach grupy można zaobserwować zmianę stylistyki - przejście z metalcore do bardziej rockowych inspiracji, co nie wszystkim przypadło do gustu. Podczas koncertu w B90 formacja miała w sobie jednak sporo ze starego, dobrego Frontside, na co publika wyraziła swoje zadowolenie poprzez wykrzykiwanie tekstów, wtórowanie zespołowi w śpiewaniu i szaleństwo pod sceną. Jedne z mocniejszych akcentów ich występu to "Bóg stworzył szatana", "Zniszczyć wszystko", "Granice rozsądku" i "Naszym przeznaczeniem jest płonąć". Energia zespołu oraz reakcja fanów sprawiły, że B90 zatrzęsło się w posadach.

Decapitated

Ostatnim zespołem sobotniego wieczoru był Decapitated. Grupa po wielu przejściach i licznych zmianach składu już przed koncertem wzbudzała sporo emocji. Niektórzy byli przekonani o ich rewelacyjnej formie, inni podawali w wątpliwość obecny stan rzeczy w formacji. Jeszcze na długo przed koncertem, ciekawa nastawienia fanów do grupy, wczytywałam się w relacje z tegorocznych występów Decapitated, wywiady z zespołem oraz opinie fanów. Mimo wielu przychylnych słów, pojawiały się od czasu do czasu zarzuty - czy do wokalisty, Rafała "Rasta" Piotrkowskiego (niektórzy twierdzą, iż nie do końca pasuje do grupy) czy do nowej płyty. Sprzeczne oceny formacji jeszcze bardziej pobudziły moją ciekawość. I tym przyjemniej było mi stwierdzić podczas koncertu, że większość obaw i zarzutów wobec zespołu nie ma (przynajmniej w mojej opinii) podstaw. Występ Decapitated to soczysta dawka metalowej muzyki z wyższej półki. Dopracowany jest każdy instrument; największe wrażenie robią jednak miażdżące gitarowe partie Vogga. Swoim występem również wokalista "Rasta" udowodnił, że dobrze wpasowuje się w konwencję muzyczną zespołu, zarówno wokalnie, jak i scenicznym zachowaniem. Jeśli chodzi o to drugie, to dało się wyczuć większy dystans między muzykami a publicznością - w przeciwieństwie do poprzednich zespołów tego wieczoru, grupa ograniczała kontakt słowny między utworami do minimum. Zamiast tego większość tego, co chcieli przekazać wyrażali gestami, mimiką, ruchem na scenie - i tym samym sprawiali wrażenie bardziej tajemniczych niż wcześniejsi wykonawcy. I choć koncert nastawiony był na promocję najnowszego krążka "Blood Mantra" (połowa piosenek pochodziła właśnie z tego albumu), to fani dawnych dokonań Decapitated również nie poczuli się zawiedzeni - podczas wykonywania "Spheres of Madness" pod sceną mocno wrzało. Występ Decapitated był zdecydowanie najostrzejszym i najcięższym koncertem tego wieczoru.

Na scenie w klubie B90 mieliśmy okazję wysłuchać cztery bardzo dobre zespoły, obejrzeć cztery fantastyczne występy, na scenie za każdym razem wybuchał wulkan energii i soczystego, mocnego brzmienia, a pod sceną... kto znajdował się w środku lub w pobliżu, ten na pewno prędko tego nie zapomni. Wystąpili zarówno muzyczni weterani, jak i ci, którzy na scenie metalowej dopiero rozkwitają, ale już widać w nich ogromny potencjał i materiał na największe gwiazdy muzyki metalowej w Polsce i nie tylko.

I choć trudno przyczepić się do czegokolwiek w występie Frontside czy Decapitated, to osobiście mam wrażenie, że koncerty Scylli i Totemu (zwłaszcza Totemu!) trochę to przyćmiły. Zderzenie zespołów o tak ugruntowanej pozycji w zestawieniu z dwoma poprzednimi zespołami moim zdaniem zakończyło się zwycięstwem tych drugich. To właśnie Scylla i Totem zawojowali tłumy pod sceną już na samym początku i nie pozwolili o sobie zapomnieć nawet po koncertach headlinerów. Oba zespoły pokazały światową klasę; wokaliści Mario i Wera, prawdziwe sceniczne wulkany energii, potrafili zarazić szaleństwem i energią całą publikę. W porównaniu z Decapitated, koncert Totemu wydał mi się ciekawszy i mniej monotonny; mający w sobie tę iskrę, której odrobinę zabrakło Decapitated. Zarówno osobowością, jak i wokalem Wera powaliła na kolana gdańską publiczność - było w jej występie coś dzikiego, nieposkromionego i zachwycającego. Z niecierpliwością czekam na kolejny koncert Totemu w Gdańsku - tym razem jako głównej gwiazdy wydarzenia.

foto: Piotr Bardo


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive