Soundrive Live

Venom Inc.

 

Dopiero teraz rozumiem, skąd wzięła się nazwa "Venom".

Założyciele kapeli nie potrzebowali jedynie mocnego, agresywnego słowa. Okazali się na tyle uprzejmi, że zostawili słuchaczom ostrzeżenie - wpuszczenie tego "jadu" do uszu grozi poważnym uszczerbkiem na zdrowiu, ale kto by narzekał, kiedy kalectwo nabywa się w tak piękny sposób.

Nie wiem, na ilu byłem koncertach. Na kilkuset na pewno. Czasem bywało przytłaczająco głośno i piszczenie w uszach nie jest dla mnie efektem zaskakującym, ale piszczenie w uszach przez ponad dwie doby już tak. Oczywiście zaraz znajdzie się wyznawca King Crimson czy innego Pink Floyd, który uzna, że zespół oraz akustyk zachowali się nieodpowiedzialnie i mogli doprowadzić do uszkodzenia słuchu publiczności. W dodatku wszystko to jest prawdą, a jednak masochistyczna przyjemność płynąca z chłosty kolejnymi riffami była niemożliwa do odrzucenia. Venom Inc. zmieniają się na scenie w cenobitów z horroru "Hellraiser" i za obopólna zgodą wymierzają kolejne ciosy muzyką - swoim narzędziem tortur. Pozwolę sobie nawet przytoczyć słowa niesławnego Pinheada, które idealnie oddają charakter sytuacji: W samym środku świata wybrzmiewa tajemniczy utwór, brzmi jak brzytwa rozcinająca ciało. […] Nawet teraz słyszysz jego słabe echo, a ja jestem tutaj po to, aby zwiększyć głośność, aby przycisnąć cuchnące oblicze ludzkości do ciemnej krwi jej własnego serca.

Pierwszym przystankiem w decybelowych torturach było "Welcome to Hell", które błyskawicznie przeszło w "Angel Dust", dalej w "Don't Burn the Witch" i tak przez kolejną godzinę, po wszystkich obowiązkowych punktach w dyskografii Venom, z okazjonalnymi, krótkimi przerwami na kilka słów do fanów. Zwolennicy okrzyków pokroju: "Gdańsk, jak się bawicie?" czy żebrania o oklaski mogli poczuć się niedopieszczeni, ale taka formuła występu doskonale pasuje do tempa utworów oraz ich głośności. Akurat w tej kwestii zespół w niczym nie przypominał lubującego się w monologach Pinheada, to była milcząca egzekucja na miarę Michaela Myersa. Szybko, precyzyjnie, bez zbędnych środków ekspresji.

Niewiele tercetów potrafi rozwinąć tak destrukcyjną siłę. Wyraźnie można dostrzec podobieństwa do innych klasyków gatunku - Motörhead. Prehistoria wydaje się tak odległa, że powszechnie uznaje się życie stegozaurów i tyranozaurów w tej samej erze, ale w rzeczywistości te pierwsze zdążyły wymrzeć osiemdziesiąt milionów lat przed nadejściem T.Rexa. Podobnie jest z Venom i Motörhead - niby ta sama epoka, a jednak te kilka lat dłuższej działalności ekipy Lemmy'ego wywarło wyraźny wpływ na prekursorów metalu. Widać to przede wszystkim w scenicznym wcieleniu Tony'ego Dolana vel The Demolition Mana, który wysoko zadziera głowę do mikrofonu, stoi w szerokim rozkroku i całym sobą komunikuje - "Lemmy był moim bogiem". A że jest to bóg o pokaźnym gronie wyznawców, do nikogo pretensji mieć nie można. Zresztą Venom Inc. we właściwy sposób wykorzystuje zastrzyk inspiracji i chyba nikogo, kto z metalem jest za pan brat przekonywać o tym nie trzeba. W końcu jedna legenda zrodziła kolejną i gdyby nie album "Black Metal", to być może nie byłoby Mayhem, Slayer czy Obituary.

Nie będę nawiązywał do przewlekłego sporu między Venom i Venom Inc., nie będę też próbował rozstrzygnąć, który zespół jest tym "prawdziwym". Na ten temat możecie poczytać w wywiadzie z Dolanem (TUTAJ). Pewne jest natomiast to, że Venom z Cronosem w składzie nie sięga już po pierwsze albumy i chociaż jego nowe rzeczy także są znakomite ("Punks Not Dead" to jeden z najlepszych kawałków w historii grupy), to sytuacja, w której The Rolling Stones bezwzględnie wyrzucają z setu "(I Can't Get No) Satisfaction" jest nie do przyjęcia. Zespół Mantasa i Abaddona, założycieli oryginalnego Venom, oraz The Demolition Mana (znanego chociażby ze znakomitego krążka "Prime Evil") wypełnia tę lukę i pozwala legendzie trwać w doskonałym stylu. Kondycja, charyzma, zadziorność - to wszystko wciąż tu jest, po tych wszystkich latach.

Przyznam, że poza Vital Remains nie przyswoiłem zespołów występujących przed Venom Inc. i pozwolę sobie przemilczeń ich obecność. Najpoważniejszym problemem okazała się jednak frekwencja. Muzycy robili co mogli, aby rozruszać jakieś dwieście osób (wokalista Vital Remains wszedł nawet w tłum i zmusił kilku fanów do pogowania), ale większą ruchliwość można odnotować podczas występu Bayer Full na dożynkach. Szkoda, bo Venom Inc. zasługuje na tłumy.

zdjęcia: Edyta Krzyżanowska


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive