Soundrive Live

Sirenia, Týr

 

Sądząc po liczbie zmian w składzie Sirenii, Veland albo jest wyjątkowo wybrednym muzykiem, albo wciąż nie znalazł właściwych osób do nadania swojemu projektowi ostatecznego kształtu. W poniedziałkowy wieczór w B90 można było na żywo zweryfikować efekty jego działań z ostatnich kilkunastu lat.

Wielu z tych, którym przewinęły się przez ręce pierwsze albumy Tristanii postanowiło obserwować późniejsze poczynania jednego z jej założycieli - Mortena Velanda. Po zakończeniu współpracy z Tristanią, Veland błyskawicznie zebrał nowych muzyków i kontynuował swą muzyczną działalność pod szyldem "Sirenia". Sądząc po liczbie zmian w składzie Sirenii, Veland albo jest wyjątkowo wybrednym muzykiem, albo wciąż nie znalazł właściwych osób do nadania swojemu projektowi ostatecznego kształtu. W poniedziałkowy wieczór w B90 można było na żywo zweryfikować efekty jego działań z ostatnich kilkunastu lat.

Nawet jeśli kogoś niezbyt przekonuje kolejne muzyczne "dziecko" Velanda, to poniedziałkowe wydarzenie było niezłą okazją do zapoznania się z muzyką (tudzież odświeżenia sobie działalności) kilku innych kapel. Koncert otworzył łotewski heavy metalowy band Relicseed kawałkiem "Serial Leader" ze swojego ostatniego albumu "Slaughterhouse". Chyba tyle wystarczyło, żeby domyślić się głównego źródła inspiracji zespołu, bo czy znajdzie się wśród publiki ktoś, komu sposób śpiewania Edgarsa Rakovskisa nie skojarzył się z charakterystycznym wokalem Jamesa Hetfielda? A kiedy przyjrzeć się jeszcze intensywniej samemu wokaliście, to podobieństw można zauważyć znacznie więcej. Sama grupa zresztą nie ukrywa, że to właśnie Metallica jest dla niej największym źródłem inspiracji. Zaczęło się od ostrego riffowego zagrania i uderzeń perkusji przypominającej karabin maszynowy, i choć do końca setu było przeważnie szybko i dynamicznie, to nie zabrakło po drodze melodyjnych solówek czy dobrze przemyślanych zmian tempa. Kolejnym plusem był fakt, że muzykom zdecydowanie nie brakowało dynamiki na scenie - za tańczącym z instrumentem basistą było nieraz trudno nadążyć wzrokiem, perkusista zdawał się mieć niewyczerpane pokłady energii, a sam wokalista bez problemów przechodził od wyczerpujących solówek do partii wokalnych. Kawałków takich jak "Domestic Devil", "Slaughterhouse" czy wymieniony już "Serial Leader" słucha się nadzwyczaj dobrze, co nie powinno dziwić, jeśli zwrócimy uwagę na to, że za ich produkcją stał sam Bryan Carlstorm, który w swoim dorobku ma współpracę z między innymi Alice in Chains czy Anthrax. Sumując wszystkie te czynniki, wydawałoby się, że zespół ma po prostu idealne zadatki na sukces. Więc co sprawia, że od ponad dziesięciu lat, choć kojarzeni i doceniani przez kolegów z branży, to do szerszej świadomości publiki jeszcze nie zdążyli się przebić? Oglądając ich występ, byłam przekonana, że mam się do czynienia ze świetnie przygotowaną, acz początkującą grupą... Czegoś tu jeszcze zabrakło do tego, by zupełnie zawrócić publice w głowie, choć występ był bardziej niż poprawny.

Jeżeli ktokolwiek spodziewał się największego zaskoczenia podczas występu headlinerów, to po koncercie drugiej grupy szybko musiał zweryfikować swoje podejrzenia. Laur pierwszeństwa za największą niespodziankę tego wieczoru bezapelacyjnie przypada szwajcarskiej grupie Xaon grającej melodyjny death metal. Cokolwiek panowie spożyli przed tym występem, wyszło im to na dobre (bo aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek może mieć naturalnie tyle energii, żeby zrobić na scenie tak duże zamieszanie, co właśnie ten zespół). Zresztą, jeżeli ktoś zwykłym line-checkiem potrafi rozgrzać publikę w godny do pozazdroszczenia przez doświadczone zespoły sposób, to aż strach pomyśleć, co mogło się dziać dalej. Tuż przed oficjalnym wejściem na scenę Xaon na chwilę spuścił z tonu, okolice omiotły czerwone światła, a z głośników poleciały przeplatane szumami spokojniejsze tony. Potem z ust wokalisty padło piękne, polskie "k....!" i całą pełną napięcia atmosferę diabli wzięli. Na scenie można było obserwować niesamowicie przekonujący muzyczny chaos - nisko nastrojonemu basowi i łomoczącej perkusji towarzyszyły świetne linie melodyczne i delikatne symfonie w tle. Do tego dołączmy nieposkromionego wokalistę, zachowującego się jak opętany, death metalowy prorok, który jeśli akurat nie wydziera się do mikrofony, balansując między czystym wokalem a growlem, biega z jednego końca sceny na drugi i co chwilę wykrzykuje w stronę publiki: "Guys, you are so beautiful!". Mogłoby się mylnie wydawać, że w tym całym ferworze zachowanie zespołu odciągało uwagę od granej muzyki, ale kawałkami takimi jak "Discrowned" czy "When the Everlasting Gardens Die Away" Xaon wrył się na długo w pamięć słuchaczy. Po tak brawurowym występie panowie mogą być pewni, że wici na temat ich twórczości zostaną rozesłane dalej, a na ich kolejnym występie w naszym kraju przywita ich kilka razy liczniejsza publika.

Trzeci z kolei zespół, kanadyjski power metalowy Unleash The Archers, nie pozwolił, żeby emocje po występie Xaona opadły i podtrzymał publikę w stanie żywiołowej zabawy. Trudno zresztą o inny efekt - wystarczyło, że wokalistka Brittney Hayes otworzyła usta i zrobiła użytek ze swoich strun głosowych, a słuchacze zostali dosłownie powaleni na kolana. Najlepszym przykładem tego były między innymi "Tonight We Ride", "Dreamcrusher" czy "General of the Dark Army". Jeśli chodzi o wokal, to chyba nie ma dla niej rzeczy niemożliwych - potrafi zachwycająco przejść od bardzo wysokich, wręcz piszczących dźwięków, po niższe tony, w pełni pokazując szeroki zakres wokalnych możliwości. I choć Unleash The Archer to nie tylko Brittney, bo przecież wtóruje jej jeszcze kilku zdolnych muzyków, to jednak właśnie jej działanie w tym zespole jest główną siłą napędową. Słychać też ogromny kontrast między perfekcyjnie dopracowanymi wokalami (od czasu do czasu przeplatanych growlowymi wstawkami ze strony kolegi z zespołu), a miejscami dość powtarzalnymi partiami instrumentalnymi, powielającymi jeden schemat. Muzykom udaje się nadrobić braki w niektórych przejściach i solówkach - te zdecydowanie należy docenić - ale są to niestety tylko momenty. W samych muzycznych aranżacjach brakowało czegoś silniejszego i bardziej oryginalnego, co mogłoby się zrównać z wokalnym wkładem Brittney i zmniejszyłoby różnicę między fantastycznym śpiewem a pozostawiającą nieco do życzenia częścią instrumentalną. Z drugiej strony, Unleash The Archer wszystkie braki nadrabia zrobieniem naprawdę świetnego show. Pewne niedostatki mogą być bardziej zauważalne podczas słuchania płyt, ale w trakcie grania na żywo większość z nich zostaje skutecznie zamaskowana brawurowym i żywiołowym występem.

Choć to Sirenia była ostatnim zespołem zaplanowanym na ten wieczór, to nie dało się ukryć, że spora część publiki przyjechała do B90 specjalnie dla poprzedzającej ich występ grupy. Pochodzący z Wysp Owczych Týr był jednym z najbardziej wyczekiwanych punktów wydarzenia, jak i punktem zapalnym wzbudzającym sporo kontrowersji. Sam wokalista przyznał, że próbowano zbojkotować ich obecność na trasie koncertowej ze względu na czynny udział muzyka w Grindwaljagd, farerskim święcie, podczas którego życie tracą delfiny i wieloryby. Nie wątpię, że tak znany zespół, jak Týr, poświęcający się podobnym praktykom jest bardzo nie na rękę obrońcom zwierząt, ale odłóżmy na bok wszelkie ideologiczne spory i skupmy się po prostu na muzyce. W tej kwestii grupa może liczyć chyba wyłącznie na przychylne opinie, gdyż folkowe i viking metalowe elementy w połączeniu z ciężkimi brzmieniami sprawdzają się na koncertach świetnie. Nie brakuje zespołów odwołujących się do nordyckiej mitologii, ale Týr zdecydowanie potrafi wyróżnić się na tle kolegów z branży. Zestawienie dźwięków z folkowych instrumentów z miażdżącymi gitarami, przeplatanie języka angielskiego z farerskim i duńskim oraz doskonale zharmonizowane głosów muzyków wywarło miażdżące wrażenie na zebranej publiczności. Nie przeszkodziły nawet wytrącające z równowagi początkowe problemy techniczne - grupa nawet wtedy świetnie sobie poradziła, zabawiając publikę rozmową. Wszelkie usterki zostały szybko naprawione, a Týr dał wspaniały popis, podczas którego można było usłyszeć między innymi "Sinklars Vísa", "By the Sword in My Hand", "GrindaVísan", "Lady of the Slain" czy "Turið Torkilsdóttir". Publiczność wtórowała zespołowi klaskaniem i okrzykami, i to właśnie na ich koncert liczba zgromadzonych pod sceną ludzi wzrosła kilkukrotnie.

Wreszcie na scenie pojawił się ostatni zaplanowany na ten wieczór zespół. Zdawałoby się, że występująca w charakterze głównej gwiazdy Sirenia skutecznie zatrzyma pod sceną publiczność, która jeszcze chwilę temu tłumnie zgromadziła się na koncercie Týru, ale ta zamiast się zwiększać, raczej nieco zmalała. Trudno obarczać winą za to repertuar Sirenii - fani zespołu śledzący poczynania Mortena Velanda wiedzieli, czego mogą spodziewać się na koncercie. Dość oczywiste stało się, że grupa skupi się przede wszystkim na promocji najnowszego albumu ("Dim Days of Dolor"), wydanego zaledwie kilka dni wcześniej (choć nie zabrakło też starszych sztandarowych kawałków, takich jak "Lost in Life", "My Destiny Coming to Pass", "Meridian" czy "Cold Caress"). Na nowym krążku znajduje się właściwie wszystko, do czego Veland przyzwyczaił nas w poprzednich wydawnictwach: nastrojowe, fortepianowe, chóralne i orkiestrowe wstawki, okraszone soczystymi riffami, przemyślanymi melodiami i uzupełnione naprawdę popisowym wokalem. Nowa wokalistka Sirenii, Emmanuelle Zoldan, idealnie wpasowała się w muzyczny charakter zespołu, wypełniając pustkę po Ailyn, a nawet nadając świeżości starszym kawałkom. Co więc poszło nie tak? Wydawało się, że grupa w ogóle nie stara się złapać kontaktu z publiką. Nie chodzi tu o nadmierną wylewność i gadatliwość, której raczej nie spodziewalibyśmy się po Mortenie. Miałam jednak wrażenie, jak gdyby Sirenia grała sama dla siebie i nie bardzo przejmowała się zebranymi fanami. Zabrakło czegoś, jakiegoś akcentu, pazura, odrobiny emocji ze sceny skierowanych w stronę publiczności. Pod kątem technicznego wykonania utworów nie ma się czego czepiać, ale przybywający na koncert fani zapewne spodziewają się silniejszych wrażeń niż te, które mogą zapewnić idealnie odegrane kawałki. To samo tyczy się samej wokalistki - pozostawiono jej duże pole do popisu w rozkręceniu atmosfery pod sceną, ale piosenkarka nie potrafiła tego wykorzystać. Choć głosowo spisywała się perfekcyjnie, to ewidentnie zabrakło jej charyzmy i temperamentu, a jej nieudane próby podgrzania klimatu przypominały raczej rozkręcanie niemrawej imprezy rodzinnej przez nadmiernie poweselałą ciocię. Po zebranych pod sceną słuchaczach widać było, że całe wzbierające się tego wieczoru napięcie przed ostatnim zespołem nagle zelżało i opadło. Ci, którzy spodziewali się brawurowego zakończenia koncertu, mogli czuć się niemile zaskoczeni.

Ktokolwiek wybrał się na poniedziałkowe wydarzenie, nastawiając się przede wszystkim na występ Sirenii, mógł poczuć się trochę rozczarowany sposobem, w jaki zespół zaprezentował się na scenie. Natomiast grupa na pewno zasługuje na pochwały pod kątem wzorcowego wręcz odtworzenia utworów. Lekki zawód na pewno wynagrodzą wspomnienia z występów poprzednich kapel, które, choć mniej doświadczone, stanęły na wysokości zadania.

zdjęcia: Piotr Bardo


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive