Soundrive Live

Od teatru do podestu, o produkcji scenicznej słów kilka

 

Sezon festiwalowy powoli się rozkręca. Cały muzyczny świat zachłysnął się tą formą rozrywki i nic dziwnego - abstrahując od często bardzo negatywnych skutków mody na festiwale (do których pewnie kiedyś wrócimy), to atrakcyjna formuła spędzania wolnego czasu i prezentowania twórczości.

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić Primavera Sound w Barcelonie, festiwal składający się w większości z artystów i artystek, którzy na polskich festiwalach są headlinerami. To dość interesujące doświadczenie, z wielu powodów. Rzadko kiedy ma się do czynienia z takim stężeniem gwiazd w jednym miejscu (i niestety o jednym czasie), do tego gwiazd wielu różnych stylistyk. Okoliczności przyrody również są wyjątkowe - kompleks rozrywkowy położony nad samym morzem i widok na barcelońską metropolię robią wrażenie. Dla mnie najciekawszym aspektem Primavery była produkcja koncertów, często zupełnie nieosiągalna na polskich festiwalach.

Nie jest tajemnicą, że aspekt wizualny muzyki był ważny jeszcze przed czasami InstaStories i relacji na Facebooku. Wielkie produkcje sceniczne były kluczem do sukcesu wielu artystów i artystek, wystarczy wspomnieć choćby różne wcielenia Madonny, czy legendarne trasy Iron Maiden z lat osiemdziesiątych, bez których nie byłoby potęgi brytyjskiego zespołu. Na takich trasach często traci się pieniądze - wystarczy spytać Travisa Scotta, który mocno się wykosztował na koncertowe wcielenie "Astroworld" (składające się między innymi z działającego rollercoastera). Nie wszystkie festiwale są gotowe logistycznie i finansowo na wielką produkcję, nie zawsze artyści i artystki chcą taką produkcją się dzielić. Nigdy nie zapomnę zawodu, jakim był koncert Rihanny w 2013 roku. Wykonawczo słaby, ale przede wszystkim ubogi w atrakcje wizualne w rodzaju scenografii, strojów, a nawet choreografii. Poza rapem, muzyka popularna powinna być wielkim show, po intymne przeżycia wolę się kierować do podziemia.

 

Primavera dostarczyła mi wielu refleksji na temat produkcji. Najważniejsza lekcja - produkcja nie zastąpi muzycznej treści, ani nie jest potrzebna, jeśli ta treść jest mocarna. Zacznijmy od Solange, która miała wspaniale zbudowane dekoracje i wystylizowany zespół. Wszystko było przemyślane, wprzęgnięte w myśl przewodnią. Niestety, tą myślą i całą treścią była sama Solange, której występ był pretensjonalnym egotripem. Z jednej strony rozumiałem, czemu ten przerost formy nad treścią ma służyć, z drugiej byłem wkurzony, że oglądam woke milenialkę, która serwuje mi głodne kawałki o samorozwoju i zgentryfikowany do absurdu afrofuturyzm. 1% istnieje i w muzyce, a Solange to najgorsza przedstawicielka zepsutej socjety. Ciekawym kontrastem była Janelle Monae, której przekaz był bardzo czytelny - solidna treść muzyczna współgrała z doskonałą produkcją. Przy okazji Janelle i Kali Uchis zrozumiałem potęgę podestów na scenie - coś, z czego korzysta zbyt mało polskich gwiazd (o ile jakiekolwiek). Od rozbuchanych scenografii nie stronił też J Balvin, u którego kreskówkowa osobowość zgrywała się perfekcyjnie z kolorową oprawą.

Na drugim biegunie była Carly Rae Jepsen, która postawiła na to, że obronią ją same piosenki. I w ogóle się nie pomyliła - nie potrzebowała żadnej scenografii, po prostu biegała po scenie i śpiewała swoje przeboje. To wystarczyło. Bo mimo wyścigu produkcyjnych zbrojeń, rzemiosło i uczciwe wykonawstwo wciąż mają swoje miejsce we współczesnym krajobrazie muzycznym. Niestety, podobnie jak darcie mordy pod empetrójki. Nie spodziewałem się wiele po występie Future'a, ale liczyłem chociaż na minimum wysiłku. Zawiodłem się - bo tym minimum byli chaotyczni tancerze, nic więcej. Future zredukował się do roli hypemana własnych utworów puszczanych w całości przez DJ'a. Do tego stracił głos po kilku minutach, nawet nie od śpiewania, a od... konferansjerki. Zażenowany i zły na własne wybory, potrzebowałem przeczyszczenia rapowej palety. I zamiast Rosalii, wybrałem Pushę T.

 

King Push ma swoje przemyślenia na temat jakości produkcyjnej wielu rapowych koncertów. W wywiadach podkreśla, że darcie mordy pod mp3 to brak szacunku do widowni i czyste lenistwo. Na swoim koncercie był sam z DJ'em i jak w przypadku Carly Rae Jepsen, stanął na wysokości zadania. Charyzma, osobowość, która wręcz domagała się uwagi, imponujący rapowy warsztat - bez porównania z bełkoczącym Futurem. Sam rap wystarczy, o ile oczywiście wkłada się w to jakikolwiek wysiłek i szanuję się własną publiczność.

Na Primaverze widziałem też show innego rodzaju, które sygnalizuje pewną przyszłość dla muzyki bardziej konceptualnej. FKA twigs połączyła teatr, sztuki wizualne, sztuki walki (!), taniec go-go i wiele innych elementów w multimedialne show, przy którym musiała pracować spora ilość ludzi. Wydaje mi się, że tego typu przedsięwzięć będzie więcej, podobnie jak inkorporowania sztucznej inteligencji - wystarczy spojrzeć na koncerty Amnesia Scanner czy Holly Herndon. Zresztą polski festiwal Unsound jest świetnym adresem, jeśli chcecie zobaczyć koncerty na styku muzyki i technologii, zastanawiam się, czym zaskoczy w tym roku. Produkcja sceniczna ciągle ewoluuje i mimo że czasem nic z tej ewolucji nie wynika (ekhem, Solange), warto zwracać na nią uwagę. Nawet jeśli wyznajecie zasadę "muzyka broni się sama" (sam czasem lubię tak myśleć), to od zawsze potrzebne były wizualne haczyki. A dzisiaj, jak nigdy wcześniej, jesteśmy istotami wzrokowymi. I jeśli miałbym wymagać od kogoś lub czegoś respektowania mojego uzależnienia od bodźców wizualnych, powinna to być muzyka popularna!

fot. Rosalia/PullandBear/SergioAlbert
fot. Primavera Sound/CartellPSmardia/PacoAmate
fot. Janelle Monae/PullandBear/SergioAlbert
fot. Kali Uchis/Seat/SharonLopez


NAJNOWSZE FELIETONY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive