Soundrive Live

Technologia, monopol i standard w muzyce

 

To raczej oczywistość, że muzyka jest dość mocno uzależniona od technologii. Reakcje na technologiczny rozwój bywają równie fascynujące, co on sam - przypomnijmy sobie "elektryczne zdrady" Boba Dylana i Milesa Davisa, czy niedawne spinki świata DJ'skiego o sync (przycisk synchronizujący tempo utworów).

Do dzisiaj część publiczności (na szczęście coraz mniejsza) utożsamia używanie elektronicznych instrumentów czy nowoczesnych metod nagrywania i edycji dźwięku z muzyką "nieprawdziwą". Sam muszę przytoczyć anegdotę z prehistorycznych czasów moich studiów na krytyce literackiej i kulturalnej na wrocławskiej polonistyce. Mieliśmy zajęcia z krytyki muzycznej i prowadzący wpadł na pomysł, żebyśmy czytali swoje recenzje płyt i puszczali fragmenty ocenianej muzyki. W moim przypadku padło na "Dedication" Zomby'ego - już wtedy było wiadomo, że to niesamowicie ważny album dla muzyki elektronicznej, z perspektywy czasu to wrażenie jest tylko mocniejsze. Prowadzący, którego z uprzejmości nie wymienię z nazwiska, wpadł w rozdygotany szał, nazywając moją entuzjastyczną recenzję amatorską, a samą muzykę Zomby'ego czymś, co mógłby zrobić byle programista. Jako młody krytyk muzyczny o nabuzowanym ego, już publikujący w internecie (pozdrawiam Screenagers i ŚP Lineout.pl), wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Walka z rockizmem w polskim obiegu muzycznym nie jest do końca wygrana, ale przez nieustanną obecność technologii w naszym życiu, mało kto porywa się na mówienie na przykład o elektronice jako "muzyczce z komputera". Wciąż słychać tu i ówdzie bajanie o "prawdziwej muzyce", najczęściej wykonywanej na tradycyjnym instrumentarium (gitara, bas, perkusja), a najbardziej absurdalnym wykwitem tych opinii jest popularność pewnego drugoligowego cover bandu Led Zeppelin. W świecie DJ'skim dalej można spotkać pogardliwe komentarze o graniu z pendrive'a, jakby samo posiadanie winyli (jakichkolwiek) i granie z nich (jakkolwiek) było przepustką do elitarnego grona klubowych bóstw. Ale to gusta i emocje, nałożone na ludzkie słabości. To, co prawdziwie ciekawe, to realny wpływ rynku technologicznego na sposób powstawania i wykonywania muzyki.

 

Niedawno dałem się złapać na clickbaitowy artykuł na serwisie Resident Advisor - Pioneer miałby wycofać się z rynku DJ'skiego. Pozornie mało ekscytująca wiadomość, ale Pioneer ma praktyczny monopol na odtwarzacze CD i USB, które są w większości klubów, co przekłada się na bardzo wysokie ceny urządzeń. To, co umknęło wielu publikacjom (a także i mnie, w gorącej wizji przełamania monopolu), to podstawowy fakt - Pioneer i Pioneer DJ to osobne firmy, a pierwsza ma w drugiej mniejszościowe udziały, których chce się pozbyć. W epoce fake newsów i cwanych nagłówków nic dziwnego - chyba każdemu zdarzyło się podłożyć pod takie pułapki. Ale reakcje na potencjalne wyjście Pioneera z biznesu DJ'skiego były nad wyraz interesujące - jedni z nadzieją liczyli na rozszczelnienie rynku klubowych odtwarzaczy, co dałoby możliwości zakupu tańszego sprzętu o dobrej jakości, inni wskazywali na komfort pewnego standardu - gdzie byśmy nie grali, zawsze spotkamy ten sam sprzęt.

Napięcie między konkurencją a standardem stanowią nieodłączną część branży muzycznej od dawna. Jak wzmacniacz, to tylko Marshall; jak gramofon, to Technics SL-1200 - praktycznie każdy odłam działalności muzycznej operuje bądź operował takimi pewniakami. Ciągota do standardów jest zrozumiała i naturalna, wiele ułatwia pod względem wypełniania riderów, rozprasza wątpliwości przy zakupie sprzętu. Ale standaryzacja ma też drugą, ciemniejszą stronę. Choćby wstrzymywanie innowacji i rozwoju firm spoza "standardu" - wieloletnia dominacja Technicsa w kategorii klubowych gramofonów doprowadziła do małej katastrofy, kiedy firma przestała produkować kultowy model SL-1200. Standaryzacja ogranicza konkurencję, co widać doskonale na przykładzie Pioneera - CDJ'e tej firmy mają wysoką, niewspółmierną do produktu cenę. Szczęśliwie Pioneer DJ nie zaniedbywał innowacji i technologia szła do przodu, ale na przykładzie Technicsa (i w mniejszym stopniu Marshalla) widać, że "standard" (czytaj monopol) może prowadzić do stagnacji. Innym ciekawym przypadkiem są firmy produkujące gitary - Fender prowadził relatywnie odważną politykę, Gibson stał w miejscu, zadowolony z Les Paula i innych kultowych modeli. Owszem, ciężko mówić o monopolu jednego czy drugiego, ale Fender wciąż działa w trudnych dla "wioseł" czasach, a Gibson zbankrutował i ma nadzieję, że wróci do gry dzięki... ukulele.

 

Technologia kształtuje brzmienia epok i sposób konsumpcji muzyki. Dlatego warto przyglądać się, jakie firmy dominują na rynku i jak się zmieniają - bądź stoją w miejscu - ich produkty. Standaryzacja jest dobra tak długo, jak nie wstrzymuje technologii bądź nie blokuje cen na wysokim poziomie. I o tym warto pamiętać. Podobnie jak o czytaniu ze zrozumieniem - posypuję głowę popiołem i kiwam palcem w stronę Resident Advisora.


NAJNOWSZE FELIETONY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive