Soundrive Live

Card Captor Sakura, tom 1

 

Chyba żadna inna manga nie przebyła tak długiej drogi, by w końcu pojawić się w Polsce. O wydaniu "Card Captor Sakura" mówiło się już ponad piętnaście lat temu, czyli niemalże na samym początku wprowadzenia japońskiego komiksu na nasz rynek, ale wciąż pojawiały się przeszkody. Wreszcie udało się i chyba lepiej wydawnictwo Waneko nie mogłoby obchodzić swoich dwudziestych urodzin.

W okolicach 2003 roku "Card Captor Sakura" było w fandomie do tego stopnia popularnym tytułem, że w akcie desperacji wiele osób z trudem i żalem, ale też z ogromną determinacją oglądało dubbingowaną wersję na niemieckiej stacji Pro7. Internetu nie było, a nawet kiedy się pojawił, to ściągnięcie całego sezonu graniczyło z cudem, a nawet jeżeli cud się dokonał, pobieranie jednego odcinka potrafiło zająć więcej niż dobę. Jedynym pocieszeniem była manga, która w odcinkach ukazywała się w czasopiśmie Mangamix (również wydawanym przez Waneko) i cieszyła się na tyle dużą popularnością, że wkrótce pojawiła się zapowiedź wydania całej serii... a następnie zniknęła. Dopiero po tych wszystkich latach obietnica dopełniła się, ale przecież nikt z nas nie jest już nastolatkiem, niektórzy zostali nawet rodzicami, więc dla kogo właściwie jest to komiks?

Niby sprawa jest jasna, "Card Captor Sakura" uchodzi za shōjo - mangę skierowaną do młodych dziewczyn, ale kiedy przyjaciółka głównej bohaterki rejestruje jej wyczyny na taśmach VHS i przesyła wiadomości za pomocą faksu, może pojawić się dysonans poznawczy, bo przecież wszystkie te funkcje wypełnia dzisiaj maleńkie urządzenie zwane telefonem komórkowym. Jednocześnie mogłoby się wydawać, że tylko ci najbardziej sentymentalni dorośli, którzy Sakurę znają jeszcze z czasów podstawówki/gimnazjum, sięgną po tytuł oprawiony w tak niewinną, pełną różnych odcieni różu okładkę (swoją drogą wydrukowaną na papierze znakomitej jakości). Faktycznie jednak "Card Captor Sakura" jak mało które mahō-shōjo (czyli "magical girl" - podgatunek, którego bohaterkami są dziewczyny obdarzone magicznymi mocami) może zainteresować czytelników w każdym wieku i każdej płci.

Z jednej strony można odnieść wrażenie, że to ten rodzaj mangi, który ma za zadanie wyprodukować niezliczone ilości gadżetów, podobnie jak "Pokémon", "Yu-Gi-Oh!" czy "Beyblade", bo skoro bohaterka łapie stworzenia zaklęte w kartach, to aż prosi się, żeby te karty sprzedawać także w kioskach i księgarniach. Z drugiej strony autorkami są twórczynie działające pod wspólnym szyldem Clamp, a to samo w sobie jest gwarancją jakości, oryginalnych pomysłów i niebanalnych rozwiązań fabularnych. Polscy czytelnicy mogli się o tym wcześniej przekonać za sprawą "Chobits" czy "X" (którego zakończenia chyba już nigdy nie poznamy...).

 

Na pierwszy rzut oka akcja kręci się wokół schematu: migawka z życia codziennego - niepokojące zdarzenie "paranormalne" - przejęcie jednej z kart Clowa. Nie ma tu nawet żadnego czarnego charakteru, a stworzenia zaklęte w karty przypominają raczej dzikie zwierzęta, których opiekun nie próbuje zabić, a raczej zdobyć ich zaufanie. Niespodziewanie najciekawsze dzieje się jednak pomiędzy scenami akcji, w sferze obyczajowej, relacjach rodzinnych, pierwszych zauroczeniach i całej tej codzienności, której mamy przecież mnóstwo we własnych życiach, ale nigdy nie wygląda tak urokliwie, jak ukazana przez pryzmat pań z Clampa.

Znakiem rozpoznawczym tych czterech mangaczek jest rysunek. To ten rodzaj prowadzenia linii, który zazwyczaj kojarzy się z japońskim komiksem osobom nieszczególnie zainteresowanym tematem, ale świadomym jego istnienia - wielkie oczy, sylwetki o nierealistycznych proporcjach i niesamowita dbałość o detale. Najlepszym przykładem mogą być "bojowe" stroje Sakury - już to, że przy każdym jednym starciu są zmieniane na nowe kreacje jest zabiegiem niezwykłym, w dzisiejszych czasach niespotykanym, a w dodatku każdy z nich potrafi zachwycić indywidualnymi cechami. Co ciekawe, Sakura nie przywdziewa ich po wypowiedzeniu magicznego hasła jak większość "transformujących" mahō-shōjo (chociażby Czarodziejka z Księżyca), musi w nie wskoczyć jak zupełnie zwykła śmiertelniczka. Wrażenia dodatkowo wzmacniają tła... a raczej ich brak. To ciekawy zabieg - pieczołowicie zaprojektowane postacie często (zwłaszcza w tych mniej dynamicznych momentach) przedstawione są na białych planszach, co wbrew pozorom niczego "Sakurze" nie ujmuje, a jedynie ogniskuje wzrok w tych miejscach, gdzie autorki chcą, żebyśmy patrzyli.

Aż trudno uwierzyć, że "Card Captor Sakura" powstało w połowie lat 90. Artystki z Clampa wykazały się świadomością gatunku i realiów, w jakich tworzyły, wykorzystując schematy na swoją korzyść, puszczając do czytelników i czytelniczek oczko, a to przecież domena współczesności - dzisiaj tego rodzaju "samoświadome" komiksy czy filmy produkowane są niemalże taśmowo. Jeżeli więc nie odstrasza was wylewający się z okładki cukier, a w dodatku lubicie żonglowanie kliszami i historie, których nie napędzają wyłącznie akcja i kolejne pojedynki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że was również pochłonie ta niepozorna historia.


Card Captor Sakura

Tytuł oryginalny: Kādokyaputā Sakura

Polska, 2019

Waneko

Scenariusz: Clamp

Rysunki: Clamp

4,5/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive