Soundrive Live

Whispering Sons: To, co osobiste jest także polityczne

 

Punk rock może zjadł własny ogon, za to post-punk wciąż utrzymuje wysoką formę, czego Whispering Sons są doskonałym przykładem. W sierpniu wystąpią na Soundrive Festival i nie będzie to pierwsza kapela z Belgii, którą ugościmy. O niezwykle aktywnej scenie tego małego kraju, o koncertach przypominających egzorcyzmy i kasetach magnetofonowych rozmawiałem z liderką zespołu, Fenne Kuppens.

Jarosław Kowal: Jest jakiś szczególny powód, dla którego tak wiele interesujących zespołów pojawia się dzisiaj w Belgii? W samym Gdańsku mieliśmy w ostatnich latach chociażby Brutus, SX czy Raketkanon.
Fenne Kuppens: Belgia może jest małym państwem, ale dużo się tutaj dzieje, jeżeli chodzi o muzykę. Nie jestem jednak pewna, jaki jest tego powód. Podejrzewam, że w pewnym sensie Belgia jest po prostu bardzo otwartym miejscem, gdzie istnieje wiele możliwości. Można dostać tutaj dużo wsparcia, jest wiele okazji do zagrania koncertów, a ludzie są bardzo otwarci na nowe, początkujące zespoły.

Rozmawiałem wcześniej z kilkoma zespołami i za każdym razem podkreślają, że nie ma jednolitej belgijskiej sceny w tym sensie, że zespoły trzymają się ze sobą, występują gościnnie na swoich albumach i tak dalej. Każdy działa na swoje konto, a coraz większe sukcesy belgijskich zespołów zagranicą to po prostu zrządzenie losu?
Postrzegam Belgię raczej jako posiadającą wszechstronną scenę muzyczną, niż jako posiadającą mocną scenę na przykład indie. Różnorodność stylów i wpływów jest tutaj bezgraniczna, a w dodatku jest wiele nakładających się na siebie gatunków czy projektów, więc nie do końca mogę się zgodzić z tym, że nie ma tutaj współpracy pomiędzy zespołami. Poza tym nie każdy zespół ma ambicje, żeby szukać międzynarodowej rozpoznawalności. Bardzo dużo dzieje się w samej Belgii i nie każdy czuje potrzebę pokazywania się na zewnątrz.

 

Na waszym pierwszym albumie nie ma utworów politycznych, ale czy mieszkanie w Brukseli - stolicy nie tylko Belgii, ale również Unii Europejskiej - obok tych wszystkich ważnych polityków ma na waszą muzykę wpływ?
Ani trochę. Nie zajmujemy się tworzeniem muzyki politycznej, ale oczywiście wszystko, co piszemy bierze się z wpływu naszego otoczenia. To, co osobiste jest w pewnym sensie także polityczne.

Na pierwszych albumach zazwyczaj umieszczane są pomysły, które były zbierane przez długi czas - od powstania zespołu do początku sesji nagraniowej. Które z utworów na "Image" są najstarsze, a które najnowsze?
Najstarsze jest chyba "Skin". To jedyny utwór, który nie był - przynajmniej częściowo - napisany po przeprowadzce do Brukseli. "Fragments" i "No Time" to najnowsze kawałki. Myślę, że przez te kilka lat nauczyliśmy się lepiej komponować muzykę, co może, ale nie musi być słyszalne ma "Image". Na potrzeby albumu świadomie zdecydowaliśmy się nagrać całość w ciągu dziesięciu dni, dzięki czemu brzmienie jest bardziej spójne.

Macie już pomysły na drugi album?
Jeszcze nie, na razie wciąż skupiamy się na pierwszym.

 

Angażujecie się także w działalność wydawnictwa Sentimental, które publikuje muzykę wyłącznie na kasetach magnetofonowych. To ciekawy fenomen - w przeszłości kasety były bardzo nielubiane ze względu na jakość brzmienia, ale także niewielką przestrzeń na oprawę graficzną, dzisiaj coraz więcej zespołów - nawet tych mainstreamowych - decyduje się jednak na wydawanie swojej muzyki na kasetach. Dlaczego ten nośnik wraca?
W czasach cyfrowych wydawnictw i serwisów streamingowych fizyczne nośniki zdają się być mniej istotne, ale kasety magnetofonowe czy płyty winylowe nadal mają specyficzny urok. Dla wielu osób stały się bardziej przedmiotami kolekcjonerskimi niż głównymi narzędziami służącymi do odsłuchiwania muzyki. My wciąż kupujemy płyty. Nie tylko po to, żeby wspierać zespoły, ale także po to, żeby po prostu je mieć. To znacznie większa frajda trzymać płytę w dłoniach, niż patrzeć na nią na ekranie komputera. Kasety z kolei są znacznie tańsze, a również dają radość posiadania czegoś namacalnego. Oczywiście trzeba mieć magnetofon, żeby posłuchać ich zawartości, a obawiam się, że niewiele osób wciąż je posiada.

Niektórzy twierdzą, że oglądanie was na żywo przypomina doświadczanie egzorcyzmów - koncerty są bardziej reprezentatywne dla waszej muzyki niż albumy?
Nagranie studyjne jest po prostu migawką, pozostaje takie same na zawsze, z kolei każdy jeden koncert jest zupełnie inny i stoi za nim inna energia. Nagrywamy albumy po to, żeby później grać koncerty - nigdy na odwrót. Powiedziałabym więc, że nasze koncerty faktycznie są bardziej reprezentatywne, bo są bardziej intensywne i pierwotne niż to, co nagrywamy w studiu.

Wasze pierwsze koncerty bardzo się różniły od tego, jak teraz prezentujecie się na scenie?
Jasne, były bardzo inne. Na początku w ogóle się nie ruszaliśmy, a teraz nie potrafimy ustać w miejscu.

A czy to prawda, że występowaliście przed Naomi Campbell?
Wykonaliśmy kilka utworów podczas pokazu belgijskiego projektanta mody, Rafa Simonsa. Naomi Campbell była wtedy na widowni i nagrała kilka filmików na Instagrama.

Wasz specyficzny wizerunek sceniczny i bardzo osobiste teksty chyba najlepiej sprawdzają się małych, przytulnych salach koncertowych. Mieliście już okazje przetestować, jak to działa na większych scenach?
Małe, ciemne, pełne spoconych ludzi kluby to duża radocha, jest w nich bardzo osobiście i bardzo intensywnie, ale w moim odczuciu łatwiejsze są jednak duże sceny. Na szczęście wciąż możemy grać na jednych i na drugich. W Belgii gramy już większe koncerty, ale poza jej granicami nadal mamy możliwość konfrontowania się z tłumem w bardziej bezpośredni sposób.

 

Poza Belgią koncertujecie bardzo często - jakie są twoje najlepsze i najgorsze wspomnienia z trasy?
Całkiem niedawno doświadczyliśmy najlepszego i najgorszego momentu życia w trasie w odstępie zaledwie kilku godzin. Dopiero co zagraliśmy świetny koncert, wszyscy byli w dobrym nastroju, dużo tańczyliśmy po występie i po prostu dobrze się bawiliśmy. Wróciliśmy do hotelu o bardzo późnej godzinie i wszyscy marzyli tylko o tym, żeby pójść spać, bo dosłownie za kilka godzin musieliśmy wstać i ruszać dalej w trasę. Wtedy okazało się, że coś poszło nie tak z rezerwacją hotelu i nie było dla nas pokojów. Ach, karma...

 

Często okazuje się, że ludzie, którzy nagrywają najsmutniejsze piosenki są najbardziej rozrywkowi i na odwrót - ci od wesołych piosenek okazują się bardzo smutni. Można uznać, że ta reguła obowiązuje w waszym przypadku?
Tak, jesteśmy bardzo radosnymi ludźmi i bardzo lubimy dobrze się bawić!

Pierwsze skojarzenie z Polską?
Hmmm, wódka z orzechów laskowych?

Whispering Sons wystąpią drugiego dnia Soundrive Festival. Więcej informacji TUTAJ.

fot. koncertowa. Geert Braekers


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive