Soundrive Live

Shazam!. DC Comics nauczyło się robić filmy

 

"Bierz co chcesz, nawet deszcz i z włosów wiatr" - śpiewała Shazza, niegdyś prominentna postać na scenie... ekhm... disco polo. Shazam z kolei chyba faktycznie weźmie wszystko - to zdecydowanie najlepsza ekranizacja w filmowym uniwersum DC Comics.

Pewnie niektórzy z was zaśmieją się pod nosem, bo przecież konkurencji właściwie nie ma. Batmana i Supermana w rękach Zacka Snydera byli w najlepszym wypadku do przełknięcia, "Aquaman" to średniak na miarę "Spider-Mana" Sama Raimiego (i to trzeciej części), a "Wonder Woman" spełniła ważną rolę społeczną i niewiele ponadto. Dodam więc, że nawet gdy porównamy "Shazama" z produkcjami Marvel Studios, wypada zaskakująco dobrze, a wynika to przede wszystkim z tego, że włodarze DC w końcu przestali się bać.

 

Kiedy kosmiczny szop i gadające drzewo walczyli ze złem, ich konkurencja z drugiego największego wydawnictwa komiksowego przekonywała, że świat nie jest jeszcze gotowy na filmową Wonder Woman. Był i to na znacznie więcej. Dwie części "Strażników Galaktyki" i "Thor: Ragnarok" dobitnie udowodniły, że przy przenoszeniu bohaterów z papieru na ekran nie trzeba za wszelką cenę dodawać im powagi, a wręcz przeciwnie - przyzwoita dawka absurdu pozwala na świeże podejście i przykucie uwagi dzisiaj już bardzo nasyconego widza. Shazam nadawał się do tego idealnie chociażby ze względu na nietypową przeszłość (więcej na ten temat znajdziecie w recenzji "Potwornego Stowarzyszenia Zła") i jest wszystkim tym, czym mógłby być "Ant-Man" (obydwie części), gdyby nie odbijano go od kalki.

Co ciekawe, Shazam mimo osiemdziesiątki na karku (wcześniej występował jako Kapitan Marvel) i wielu rekordów sprzedażowych, nie jest obciążony istnieniem w świadomości mas. Zapytajcie mamę i tatę - każde z nich coś o Batmanie czy Spider-Manie słyszało, ale Shazam może im się co najwyżej kojarzyć z Kazaamem - dżinem, w którego w połowie lat 90. wcielił się Shaquille O'Neal. Zmiany biograficzne, jakie wprowadził David F. Sandberg dla większości będą więc niezauważalne, a od teraz najprawdopodobniej uznawane za wersję kanoniczną. Nie jest tego aż tak wiele, to dość prosta historia - osierocony chłopiec szuka matki, ale znajduje nadprzyrodzone moce, a nadprzyrodzone moce to nowa Strzelba Chechowa i w ostatnim akcie muszą wystrzelić. Najciekawsze jest jednak wszystko pomiędzy obowiązkowymi punktami gatunkowego standardu.

Potęga greckich bogów (i z jakiegoś powodu także króla Salomona), którą napełniony zostaje Billy Batson ma drugorzędne znaczenie. To przede wszystkim rodzinna komedia opowiedziana z perspektywy nastolatków, trochę jak "Potężne kaczory" albo "Giganciki", ale z dzisiejszym poczuciem humoru, w którym dominują niedorzeczność i sarkazm. Dobrym krokiem okazało się ujednolicenie osobowości naszego herosa - w komiksie był niejako dwoma umysłami i nawet dwoma ciałami, ale zdolnymi do występowania wyłącznie pojedynczo w tej samej czasoprzestrzeni. Tutaj kiedy Billy przemienia się w mężczyznę, zachowuje swój kilkunastoletni umysł, co wzbudza skojarzenia z następnymi klasycznymi komediami - "Vice versa" i "Duży". Mógłbym podać kilka przykładów, ale żaden po spisaniu nie wyglądałbym na tyle zabawnie, żeby zachęcić do seansu. Gdybym miał natomiast usytuować to poczucie humoru na skali filmów superbohaterskich, byłoby to trochę więcej niż "Spider-Man: Homecoming" i mniej niż "Deadpool".

Po raz pierwszy twórca związany z DCEU zdołał także opanować umiejętność subtelnego nawiązywania do innych postaci funkcjonujących w tym świecie. Kolega Billy'ego ma w kolekcji batarang, pojawia się obowiązkowy żarcik z Aquamana, no i ten gościnny, zaskakujący występ w ostatnich scenach... Mało tego, Sandberg nawiązuje również do swojego wcześniejszego filmu - "Annabelle: Narodziny zła", umieszczając tytułową lalkę na regale w jednym ze sklepów. Wszystkie te elementy składają się na film ekstremalnie rozrywkowy, który pomimo ponad stu trzydziestu minut na liczniku, nie nuży ani przez sekundę. To prosta historia, ale przecież niewielu superbohaterów ma potencjał, by przedstawić ich na ekranie w podobny sposób, jak zrobił to Christopher Nolan w trylogii Batmana czy James Mangold w "Loganie". W swojej kategorii "Shazam" można natomiast zaliczyć do ścisłej czołówki i odetchnąć z ulgą - o "trykociarzach" da się jeszcze nakręcić ciekawy film!


Shazam!

USA, 2019

Warner Bros.

Reżyseria: David F. Sandberg

Obsada: Zachary Levi, Asher Angel, Mark Strong

4,5/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive