Soundrive Live

Dopelord: Przejadła nam się fascynacja rzężeniem

 

Koncertem w gdyńskim klubie Ucho, w sobotę 23 lutego rozpocznie się wspólna trasa czterech czołowych reprezentantów polskiego doom i stoner metalu. Jedną z nazw w tym zestawie jest stołeczny kwartet Dopelord, formacja rozpoznawana wśród wyznawców tytanicznego riffu praktycznie na całym świecie.

Nasza rozmowa z basistą, Piotrkiem Zinem dotyczyła jednak nie tylko występów na żywo. Dowiedzieliśmy się też bowiem, jacy wariaci uprawiają stoner w Rosji, dlaczego na okładce płyty jego zespołu nie znajdzie się nigdy bocznica kolejowa i na jakie hasło można w Warszawie otrzymać ciepłą strawę za friko.

 

Sebastian Rerak: Jaki jest najbardziej irytujący stereotyp ciążący nad sceną stoner/doom?

Piotr Zin: Jest tego trochę. Jeśli masz w nazwie gatunku słowo "stoner", to musisz być lekkoduchem, odklejonym od rzeczywistości, walącym wiadro zanim otworzysz oczy z rana, niesłuchającym niczego innego, prócz swoich infradźwiękowych wypierdów i im podobnych. Ale czy mnie to irytuje? Raczej się przyzwyczaiłem. Przeważnie dzięki temu jest sporo śmiechu, a śmiech to zdrowie. Poza tym technicy i realizatorzy zagranicą bywają mocno zdziwieni, że jesteśmy tak dobrze zorganizowani. Spodziewają się przeważnie zgrai łachmytów, która nie wie, jak podłączyć gitarę do wzmacniacza. Ale czy to ciąży nad całą tak zwaną sceną? Pojęcia nie mam.

Pytam, bo już choćby okładki płyt mogą zdradzać, że dany zespół uprawia stoner. Wiadomo - bongo, pentagramy, kozioł, goła baba... 

Przypominam nazwę gatunku. Stoner doom. Co byś chciał zobaczyć na okładce? Artystyczne zdjęcie bocznicy kolejowej? Ostatnio chyba to najbardziej mnie irytuje. Nie jest to stereotyp, a po prostu oczekiwanie, że musisz zaproponować coś nowego. Gdybym chciał przedstawić coś innego, to nie grałbym takiej muzyki - to jest dla mnie oczywiste. Nie uważam się za muzyka, artystę, ani tym bardziej za jakiegoś poszukiwacza czy eksploratora. Umiem robić to, co umiem i nie wmawiam nikomu, że jest to czymś, czym nie jest. Tu naprawdę nie ma filozofii, przepraszam.

 

Jeśli chodzi o samą muzykę, to Dopelord już jednak poszukuje, a co najmniej rozwija się kompozytorsko. Takie przynajmniej wrażenie można odnieść, słuchając ostatniego albumu – "Children of the Haze". Tu nie chodzi już tylko o riffy, ale także o - straszne słowo dla niektórych - piosenki.

Zawsze staramy się robić to, co robimy najlepiej jak umiemy. Wiadomo, że zdobywasz doświadczenie, robiąc coś w kółko przez kilka lat. Jeśli jesteś w stanie dostrzec niedoskonałości w efektach swojej pracy, to będziesz w stanie w przyszłości wykonać ją lepiej. Na tym to chyba polega. Jest też pewna zależność w tym gatunku, którą obserwuję. Pierwsze albumy kapel to przeważnie rzeczy spod znaku: A my gramy najciężej i najniżej i mamy najdłuższe kawałki!. Jest fascynacja samym brzmieniem trzech gitar rzężących unisono. I u niektórych to się szybko przejada. Gdybym teraz miał nagrywać te albumy, to z pewnością wyglądałyby inaczej. Nie odnajduję żadnej przyjemności w słuchaniu na przykład naszej pierwszej płyty. Dzisiaj zrobilibyśmy ją zupełnie inaczej. Podsumowując - miło mi, że nazywasz to rozwojem, ale... gdzie Rzym, a gdzie Krym? Po prostu mogliśmy się przypadkowo nieco wyrobić i tyle.

 

Co twoim zdaniem stanowi cenniejszą szkołę - próby czy koncerty?

Jedno i drugie jest tak samo ważne. Zanim wyjdziesz na scenę, wszystko musi być ograne najlepiej, jak się da. Oczywiście z początku nie wiesz, że zawsze da się lepiej. Potem ktoś ci wysyła link do filmiku na YouTube i zderzasz się ze swoją ułomnością. Cofasz się do sali prób i katujesz materiał do skutku. A jeśli już uda ci się znośnie wypaść na koncercie, to czasem się zdarzy, że nie pozostanie to niezauważone. Każda okazja jest dobra, by zdobywać doświadczenie, a ze złych koncertów płynie większa nauka niż z dobrych. I tak na to trzeba patrzeć.

A był jakiś koncert, który uważasz za szczególnie cenne doświadczenie?

Było takich kilka. Chociażby koncert w warszawskich Chmurach, gdzie limit spożycia przed graniem został bardzo przekroczony. W efekcie Paweł źle sobie nastroił gitarę i dziarsko próbował się połapać, ale nie bardzo mu szło. Tragedia totalna. Całkiem niedawno graliśmy też w Brukseli i jako że dotarliśmy bardzo późno, to realizator z muchami w nosie nie pozwolił nam wpiąć się z naszym systemem monitorowym. Zrobił nam odsłuchy sam, bardzo na odwal. I tak graliśmy dla praktycznie wypełnionej wielkiej sali, dostrzegając ten wyraz twarzy u słuchaczy, że spodziewali się czegoś innego. Może nawet nie bardzo wiedzieli czego, ale coś było nie tak. No i było - nikt nie słyszał się w monitorach, żadnej mowy o korekcji tego... Dupa zbita. Z takich występów wypływa jednak większa nauka i doświadczenie, niż na przykład ze świetnego przyjęcia na Desertfest Berlin. Choć wolałbym grać tylko takie koncerty, jak ten berliński.

 

Zjeździliście zresztą kawał Europy - od Estonii po Wyspy Brytyjskie. Gdzie twoim zdaniem taka muzyka cieszy się największym wzięciem?

Teraz obstawiałbym Rumunię i Bułgarię. Byliśmy tam rok temu i doznaliśmy szoku. Przeważnie działa magiczna setka. Jak masz sto osób na gigu, to już jest dobrze. Tam było widać, że sprawa jest świeża i wyczuwało się duży głód takiej muzyki. Litwa i Estonia też fajnie wypadają. Słuchacze zachodni przeżywali te same uniesienia kilka lat temu, fala się przetoczyła. Aczkolwiek jest jakaś tam sinusoida. Zabawne, że w Szwecji, skąd pochodzi mnóstwo klasycznych kapel w szeroko pojętym gatunku, zainteresowanie jest średnie. Ale ponoć znowu robi się tam moda, więc kto wie... My się tylko możemy cieszyć z tego, że zawsze mamy gdzie pojechać.

 

A jak było w Rosji? Sporo mówi się o tamtejszej odmianie zjawiska "satanic panic", której jedynie sprzyjają miejscowe władze. Nikt was nie próbował egzorcyzmować?

Nie. Może dlatego, że na tle lokalnych zespołów my prezentujemy się bardzo grzecznie. Zresztą nie ta skala. Jesteśmy raczej niewidoczni dla radarów.  Kapele, które mianują się tam stoner doomem są wariackie! Masz na przykład kolesia z basem-otwieraczem do konserw wyjętego z jakiegoś blackmetalowego składu, do tego grindcore'owe bulgotanie na wokalu, hipisa na gitarce i bębniarza, który wygląda jak sprzedawca z rybnego. Nikogo to nie obchodzi, liczy się tylko energia płynąca ze sceny. Nasz kierowca opowiadał mi, że był na występie Black Sabbath puszczanym w kinie. Ludzie przyszli tam, jak na regularny koncert - mieli ze sobą mnóstwo alkoholu, zrobili burdę, z wyrywaniem krzesełek. Takie buty. Jedyna dramatyczna sytuacja, jaka spotkała nas w Rosji to fakt, że o mały włos nie straciliśmy promotora w nocnym pociągu. Chciał pomóc nam zlokalizować wagon restauracyjny, którego oczywiście w ogóle nie było i stał już w pół kroku nad torami, gdyż drzwi ostatniego wagonu nie były zamknięte. Byłby trochę kwas. Musisz też wiedzieć, że na koncercie w Rosji skoki na główkę ze sceny zaczynają się przed wydaniem pierwszego dźwięku. Totalny żywioł. Rosja to naprawdę trudna do opowiedzenia komuś kraina.

To wróćmy do Polski. Podobno kiedy organizatorzy koncertów dowiadują się o lubelskim rodowodzie Dopelord, zawsze możecie liczyć na darmowy ciepły posiłek?

Chodzi o to, że warszawscy organizatorzy często myśleli, że przyjeżdżamy z Lublina, a wszyscy mieszkamy w Warszawie od dobrych kilku lat. Darmowym posiłkom mówimy zdecydowane "tak".

 

Jak w ogóle doszło do tego, że spotkaliście się oryginalnie w Lublinie? Przeprowadziliście się wszyscy do Warszawy ze względu na zespół?

Ja i Paweł w Lublinie studiowaliśmy. Nasz pierwszy perkusista, Arek, a także nasz gitarzysta,  Grzesiek pochodzą z Lublina. W dość zamierzchłych czasach, dzięki serwisowi MySpace, Paweł namierzył zespół, w którym wtedy grałem z Arkiem. Napisał do nas i został wokalistą. Potem przez wspólnych znajomych, wspólne sale prób i zwyczajowe ruchy w takich miejscach założyliśmy Dopelord. Co do przeprowadzki, to zdecydowanie nie ta skala. Kierowały nami względy ekonomiczne. Lublin wydawał się spaloną ziemią. Mnóstwo ludzi przeprowadza się po studiach do Warszawy, bo niedaleko i perspektywy jaśniejsze.

 

Niespełna miesiąc temu ukazał się split, który dzielicie z Major Kong, Weedpecker i Spaceslug. Wy oddelegowaliście na niego utwór "Toledo". Dwa zdania o tym kawałku?

"Toledo" nagraliśmy w trakcie sesji "Children of the Haze". Staramy się nagrywać więcej, żeby mieć potem kawałki na takie właśnie okazje.

 

W tym samym towarzystwie ruszacie zresztą niebawem w trasę. Płyta, trasa... prawdziwa ofensywa czterech armii!

Tak to chyba powinno wyglądać i jest to naturalny cykl. Jeśli istnieje zapotrzebowanie, trzeba jechać i grać. Trasa to może zbyt wielkie słowo w tym przypadku, bo wszystko to rozstrzelone w czasie. Inaczej się nie dało.

 

Od wydania ostatniego longa minęły dwa lata. Czy na nadchodzących koncertach będzie można usłyszeć jakieś premierowe numery?

Nie ogrywamy już nowych rzeczy na koncertach. Kiedyś tak robiliśmy, bo proces tworzenia był dłuższy, a kawałki powstawały swoim tempem. Teraz gramy intensywniejsze próby. Nowego materiału mamy dość dużo, ale na razie jeszcze nie będziemy grać nowych rzeczy na koncertach. Muszą być w pełni gotowe. "Toledo" zagramy [śmiech].

 

I ogólnie formuła "greatest hits"?

Tak to mniej więcej będzie wyglądało.

 

OK, to na koniec zadam pytanie, które nie daje mi spokoju. Ze swoim nazwiskiem nie czułeś się predestynowany do wydawania zina?

Z żoną wydaliśmy dwa numery, ale na tym koniec [śmiech].


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive