Soundrive Live

Kek-W: Mam dużą słabość do "Dredda" ze Stallonem

 

"Kek-W to prawdziwe imię scenarzysty komiksów, który czasami używa pseudonimu Nigel Long" - tak głosi jedna z nielicznych notek prasowych dotyczących autora o całkiem pokaźnym dorobku publikowanym pod szyldem 2000 AD, czyli świata, nad którym czuwa niezłomny stróż prawa, Sędzia Dredd.

Kek-W miał okazję pisać o Dreddzie (w Polsce ukazało się "Mroczni Sędziowie. Upadek Mrocznego Świata"), ale rozmawialiśmy także o innych jego projektach, o słabości do ekranizacji przygód Dredda z Sylvestrem Stallonem w roli głównej, a także o współpracy z Łukaszem Kowalczukiem i karierze muzycznej. Mało tego, Kek-W jako czynny dziennikarz muzyczny współpracujący z The Wire napisał krótką recenzję jednego z utworów Nightrun87, z którym zresztą znajduje się w programie tegorocznej edycji SzlamFestu.

 

Jarosław Kowal: Żyjemy w najlepszych czasach dla komiksu w całej jego historii?

Kek-W: Tak i nie [śmiech]. Internet i platformy mobilne potencjalnie dają nam dostęp do, cóż... wszystkiego. Stosunkowo tanie laptopy i tablety oznaczają, że teoretycznie każdy może stworzyć własny komiks i przedstawiać go w sieci, gdzie ma szanse dotrzeć do tysięcy, jeśli nie milinów odbiorców. Każdy potencjalnie może zostać autorem i cieszę się, że dzięki temu proces twórczy stał się bardziej demokratyczny i bardziej dostępny. Problemem staje się jednak to, jak przekonać ludzi, żeby przeczytali twój komiks, kiedy dziesiątku innych autorów też walczy o uwagę. Jak z tego żyć, skoro tak wiele treści dostępnych jest w sieci, a znaczna ich część za darmo? Więc tak, żyjemy w epoce super-dostatku - mamy dostęp do szerokiego wyboru bardzo różnych komiksów, co jest świetne, ale twórcy wciąż zmagają się z tym, żeby opłacić czynsz, dotrzeć jak najdalej ze swoją działalnością i tak dalej. To się nie zmieniło, choć przyczyny są inne niż w czasach sprzed internetu.

Popularność wszystkich tych filmów Marvela i DC pomaga zdobyć nowych czytelników dla komiksów niezależnych? Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy Marvel i DC mają coś z tego nawet dla własnych komiksów...

Tak, zgadzam się - też nie wydaje mi się, żeby coś z tego mieli. Osoby, które pójdą zobaczyć film ze Spider-Manem niekoniecznie kupią później niezależny komiks, a nawet komiks o Spider-Manie. Nie pracuję przy sprzedaży komiksów, ale mam przyjaciół, którzy zajmują się tym i nie jestem przekonany, czy istnieje jakiś większy efekt oddziaływania filmów na sektor niezależny. Mimo że dzisiaj dla nie-nerdów łatwiejsze jest zainteresowanie się bohaterami czy gatunkami, które reszta z nas kochała od lat, dla scenarzystów i rysowników stworzenie komiksu jest tak samo trudne, jak było od zawsze. Jeżeli już zaszła jakaś zmiana, to zrobiło się nieco trudniej, ponieważ wiele wydawnictw w zasadzie stało się "farmami" skupionymi na rozwijaniu własności intelektualnych, odgrzewaniu istniejących marek, a inne pomysły akceptują tylko wówczas, jeżeli potencjalnie mogą być rozwinięte jako film albo serial.

 

Nawet tak niedorzeczne i mało znane komiksy, jak "Strażnicy Galaktyki" trafiają dzisiaj na ekrany, jak to więc możliwe, że 2000 AD nie ma jeszcze swojego filmowego uniwersum?

Prosta odpowiedź jest taka, że koszta i logistyka byłyby bardzo wygórowane. Zebranie funduszy na film wymaga olbrzymiego wysiłku, a w Wielkiej Brytanii jest jeszcze trudniej niż w Stanach. Poza tym często po prostu nie ma publiczności dla postaci, które nie są wielkimi, znanymi na całym globie "markami". Warner Bros. i Disney mają dostęp do większych zasobów inwestycyjnych, mają dekady doświadczeń w tworzeniu i promowaniu filmów. Rebellion - działający w Wielkiej Brytanii właściciele 2000 AD - niedawno nabyli własne studio i aktualnie pracują nad filmem "Rogue Trooper" z Duncanem Jonesem, synem Davida Bowiego, jako reżyserem, a także nad serialem osadzonym w Mega-Ciy One, czyli w domu Sędziego Dredda. Coś się tam więc powoli zaczyna dziać.

O ile się nie mylę, zacząłeś pisać historie osadzone w świecie 2000 AD mniej więcej w tym samym czasie, kiedy "Sędzia Dredd" z Sylvestrem Stallonem trafił do kin. Pamiętasz, jakie panowały wtedy nastroje w wydawnictwie?

Sprzedałem mój pierwszy profesjonalny scenariusz komiksowy w 1994 roku - jednoczęściową historię w stylu "Future Shock". Wtedy redaktor, Alan McKenzie, poprosił mniej, żebym zrobił jakieś dłuższe rzeczy - sześcioczęściową serię. Był moim mentorem, pokazał mi, jak przygotować właściwy, profesjonalny scenariusz i samą opowieść. Nie było wtedy internetu, nie było stron czy blogów, które podpowiedziałyby początkującym autorom, jak na podstawie swoim pomysłów mają przygotować scenariusz. Nie było szablonów czy przykładów, z których można by korzystać, trzeba było samemu do tego dochodzić. Dla mnie był to bardzo ekscytujący czas. Alan był naprawdę fajnym kolesiem, bardzo pomocnym i wspierającym. Dostałem zaproszenie na brytyjską premierę "Sędziego Dredda", podobnie jak cała reszta współpracowników 2000 AD. Poszedłem z żoną i spotkaliśmy się z Shakym Kanem, który przedstawił mnie Brettowi Ewinsowi [także autorzy historii ze świata 2000 AD - przyp. red.]. To był niesamowity dzień. Mieszkam na wsi w południowo-zachodniej części Wielkiej Brytanii, daleko od Londynu, gdzie znajdowały się wówczas biura wydawnictwa, nie miałem więc zbyt wielu okazji, żeby spotkać się z innymi scenarzystami i rysownikami.

 

Zdecydowana większość czytelników nie cierpi filmu ze Stallonem, ale ten z Karlem Urbanem został dobrze przyjęty.

Wiem, że to mało popularna opinia, ale mam dużą słabość do filmu Stallone'a [śmiech]. Głównie dlatego, że byłem na premierze, ale chyba też dlatego, że to część tego sentymentu, który wielu z nas odczuwa do filmów akcji z lat 80. i początku lat 90. Dzisiaj wszystkie filmy są napakowane efektami komputerowymi, a dla mnie coraz większą radością są starsze rzeczy z praktycznymi efektami, modelami, animatroniką i tak dalej. Dorastałem, oglądając filmy z lat 30., 40. i 50., więc uwielbiam estetykę sprzed CGI. Bardzo lubię też tę nowszą wersję "Sędziego Dredda" - to wspaniały film. Musiałbyś dopytać kogoś z Rebellion, ale z tego co zrozumiałem wynika, że były prowadzone rozmowy z Urbanem o powrocie do tej roli. W kinach film nie wypadł najlepiej, ale sporo zarobił na DVD i w streamingu.

Pierwszą postacią, o jakieś napisałeś dla 2000 AD był Kid Cyborg, myślałeś kiedyś o wróceniu do niego i stworzeniu nowej historii?

Jim McCarthy [współpracownik 2000 AD, a także dziennikarz muzyczny, autor komiksów o między innymi Kurcie Cobainie, Sex Pistols i 2Pacu] wymyślił nazwę Kid Cyborg, ja wymyśliłem cała resztę. Mój pierwszy pomysł był znacznie dziwniejszy, ale zwrócono mi uwagę, że koncepcja jest zbyt podobna do jednej z historii Alana Moore'a, której wtedy nawet jeszcze nie czytałem [śmiech]. Został to więc zmienione w coś na kształt typowej opowieści o podróży. Postać i seria były powszechnie nienawidzone [śmiech], to było straszne właściwie na każdym poziomie [śmiech]. Wciąż uczyłem się, jak pisać - i to na oczach publiczności - a w dodatku nastąpiła wtedy niespodziewana i gwałtowna zmiana na stanowisku redaktora. Alan McKenzie został w krótkim czasie zastąpiony przez inne osoby. 2000 AD i firma, która wchodziła w jego posiadanie były w finansowych problemach. Pierwszy film o Dreddzie nie zwiększył popularności postaci czy sprzedaży komiksów w takim stopniu, na jaki liczyli. Wielu freelancerów zostało zwolnionych - to był zły okres. Ale zawsze uważałem, że nazwa "Kid Cyborg" jest całkiem fajna - sprawdziłaby się jako kraskówka emitowana w sobotnie poranki albo jako anime. Gdybym zajmował się tym dzisiaj, zrobiłbym to znacznie lepiej [śmiech] i prawdopodobnie byłoby to coś bliższego moim pierwotnym intencjom. Rebellion posiada prawa do nazwy, ale podejrzewam, że to ostatnia postać, której reboot rozważyliby, sądząc po tym, jak okropnym był oryginał [śmiech]. Ja na pewno chętnie napisałbym coś nowego dla Kid Cyborga. Tylko nie z McCarthym.

 

W tej chwili jedynym twoim komiksem opublikowanym w języku polskim są dwie części "Mroczni Sędziowie. Upadek Mrocznego Świata", niedługo ukaże się także "Conspiracy Dog" tworzone we współpracy z Łukaszem Kowalczukiem, a gdybyś to ty wybierał, który ze swoich tytułów wydałbyś tutaj jako następny?

Naprawdę chciałbym zobaczyć polską edycję "The Order" - serii, którą wciąż piszę, a do której oprawę graficzną tworzy legendarny brytyjski ilustrator, John M. Burns. Myślę, że "The Order" jeszcze nie dotarło do szerszej publiczności, poza czytelniami 2000 AD. To seria, która moim zdaniem przypadnie do gustu osobom zainteresowanym fikcją historyczną, heroicznymi przygodami, mrocznym fantasy, Dungeons & Dragons czy po prostu grami RPG, H.P. Lovecraftem, opowieściami o podróżach w czasie, clockpunkiem, weird science i tak dalej. Jedną z głównych postaci pierwszej serii jest trzynastowieczny zielarz/poganin z Polski, typ upalonego kolesia, który nazywam się Blazen, co - o ile mi wiadomo - jest zaczerpnięte od polskiego słowa oznaczającego głupca czy żartownisia. Postać w stylu "świętego głupca" - archetyp, który w klasycznej literaturze zachowuje się jak idiota, ale tak naprawdę jest dokładnie na odwrót. Blazen jest w rzeczywistości głęboko uduchowioną i odrobinę tragiczną postacią. Inkarnacja tytułowego Zakonu z pierwszej serii to ludzie pochodzący z całej Europy - wszyscy są outsiderami i popaprańcami, czterech starych facetów i jednak młoda kobieta. To opowieść o braterstwie broni, o ludziach zapomnianych lub wymazanych przez historię, a także refleksja na temat starzenia się, godzenia z przeszłością i stawiania czoła śmierci. Każda część "The Order" osadzona jest w innym czasie. To seria o podróżach w czasie, w której nie są one ukazane w konwencjonalny sposób. Obecnie piszę piątą serię, a więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie 2000 AD.


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive