BMTH

Jazz Jantar 2019, zima: Mniej jazzu, więcej intelektu

 

Trzydniowa, zimowa edycja Jazz Jantar odbyła się w klubie Żak w tydzień po Dniach Muzyki Nowej. Było tak nowocześnie i nieoczywiście, że duża część jej programu z powodzeniem mogłaby znaleźć się w programie wcześniejszego wydarzenia.

Tylko trzy dni i tylko cztery koncerty, ale każdy z występów był wyrazisty i wart posłuchania oraz zobaczenia. W piątek i niedzielę jazz spotykał się elektroniką, a sobota była organiczna, co nie znaczy, że przewidywalna czy konwencjonalna. A leciało to tak: 

 

W piątek zagrał duet z Norwegii - Tortusa (John Derek Bishop) na instrumentach elektronicznych i saksofonista Inge Weatherhead Breistein. Ich debiutancki album - "Mind Vessel" - był podstawą programu koncertu. Ta produkcja była nową odsłoną skandynawskiego czy - jak częściej się określa na Zachodzie - nordyckiego jazzu w formule wylansowanej jeszcze w latach 70. przez wytwórnię ECM. Proste motywy grane na saksofonie skonfrontowane z brzmieniem elektronicznego instrumentarium koncepcyjnie nie odbiega za bardzo od znanego z twórczości Jana Garbarka saksofonu na tle analogowych syntezatorów. Cały dowcip polega jednak na zmianie proporcji - w duecie Tortusa/Breistein punkt ciężkości został przeniesiony z saksofonu w stronę elektroniki. Tortusa nie dość, że dyktował warunki, zmieniając style swoich partii, to jeszcze posiłkował się saksofonem, samplując na żywo fragmenty gry Breisteina. Było to wszystko wciągające i dość oryginalne, choć jazzowi puryści pewnie wiercili się na swoich krzesłach. 

Dwa koncerty sobotnie preferowały brzmienia naturalne i w obu ważnym instrumentem był kobiecy głos. Najpierw wystąpiła debiutantka, Hailey Tuck. Młoda wokalistka z Teksasu, mieszkająca od kilku lat w Paryżu, posiłkuje się dziedzictwem dixielandowo-swingowym, czyli pochodzącym z lat 20. i 30. XX wieku, a image sceniczny ma wzięty w stu procentach z "Wielkiego Gatsby'ego", ale ta maskarada jest z jednej strony o wiele bardziej powierzchowna, z drugiej o wiele inteligentniejsza, niż by się mogło wydawać. Powierzchowność polega na tym, że kompozycje, które śpiewa są o wiele młodsze od muzyki złotej ery jazzu, a aranżacje zaledwie nawiązują do historii jazzu. Wyrafinowanie zaś bierze się stąd, że całość ma z racji wymowy tekstów i pozornie tylko beztroskich interpretacji Hailey wydźwięk straceńczy i ponury, kontrastujący z prostymi i przyjemnymi dla ucha melodiami. W zasadzie jest to więc w większym stopniu alternatywny pop, przewrotnie pomyślany i zrobiony z podtekstem, w mniejszym pastisz tradycyjnego jazzu.  

Po Hailey na scenę Żaka wszedł zespół pianistki Helen Sung, znanej już publiczności tego festiwalu. Helen dość prędko zakomunikowała, że również ona wychowała się w Teksasie, ale na tym w zasadzie kończyły się podobieństwa. Znakomita pianistka kontynuująca najlepsze tradycje amerykańskiego jazzu nowoczesnego przywiozła tym razem program, którego już sam tytuł, "Sung with Words", jest grą słów. Można go tłumaczyć dosłownie jako "Sung ze słowami", jaki i bardziej metaforycznie jako "piosenki z tekstem". Obie wersje są prawdziwe - była Sung (Helen), były słowa, ale były też poetyckie piosenki, często o politycznej wymowie, był też utwór będący muzyczną interpretacją publicystycznego tekstu z magazynu New Yorker. Słowa były podawane pięknym, ekspresyjnym głosem Christine Dashiel, a warstwę instrumentalną fenomenalnie zagospodarowali Helen Sung, kontrabasista Reuben Rogers, saksofonista tenorowy i sopranowy John Ellis i perkusista Kush Abadey. Jeśli miałbym szukać mankamentów tej muzyki, to powiedziałbym, że była zbyt skupiona na samej sobie, na nienaganności artystycznej roboty i stylu. Ale zarzut to mało nokautujący, wiem.

W niedzielę koncert był tylko jeden, za to najbardziej punkowy w duchu za wszystkich, jakie pamiętam kiedykolwiek z Jazz Jantar. Joanna Duda - znana szerszej publiczności głównie ze współtworzenia już od kilkunastu lat jednego z najbardziej kasowych zespołów w historii polskiego jazzu, czyli Wojtek Mazolewski Quintet - we własnej twórczości jest o wiele bardziej radykalna, czego dowód mieliśmy na żywo. Joanna programem "Keen", który przedstawiła w Żaku, dość ostro kontestuje samą ideę jazzowego recitalu fortepianowego. Owszem, na scenie stał piękny koncertowy Steinway, ale bardziej wyglądał i bardziej się kurzył niż grał. Na godzinę występu Duda poświęciła mu może pięć minut uwagi i była to uwaga szorstka. Cała reszta muzyki była elektronicznym kolażem minimalistycznych syntetycznych dźwięków, sampli i strzępów field-recordingu. Co najmniej tak samo ważne, jak dźwięki były zabójcze w wyrazie i niezwykle starannie przygotowane wizualizacje, z których w mojej pamięci najbardziej zapisze się emoji sympatycznie uśmiechniętej kupy. Ale całość kupą nie była, jeno trafnie wymierzoną prowokacją. Wolę taki spektakl od kolejnego przeciętnego recitalu wypełnionego zarżniętymi do cna standardami. Niecodziennie w Trójmieście koncertuje Jason Moran.

I jako post scriptum, najlepsze pięć minut tej edycji - Hailey Tuck zaśpiewała cover "Underwear" britpopowego klasyka Pulp. To jeden z rzadkich przypadków, w których nowa interpretacja tworzy piosenkę od nowa. Jeśli nie byliście na koncercie lub byliście, ale nie znacie oryginału, porównajcie "Underwear" Hailey z Pulp. Można poprawić Jarvisa Cockera? Można.

Rysunki: Edyta Krzyżanowska


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive