Soundrive Live

Perfect Son: Sub Pop to znak jakości

 

Było już Kyst, był Coldair, a od teraz Tobiasz Biliński będzie występował jako Perfect Son. O przyczynach zmiany, współpracy z wytwórnią Sub Pop i niezliczonych kontrastach pomiędzy polską branża muzyczną a całą resztą świata przeczytacie w naszym najnowszym wywiadzie.

Jarosław Kowal: Poznaliśmy się mniej więcej dziesięć lat temu - ja pracowałem wówczas w klubie Ucho w Gdyni, ty grałeś w Kyst i organizowałeś koncerty we własnym domu w Sopocie. Brakuje ci dzisiaj czegoś z tamtych czasów?

Tobiasz Biliński: Może trochę, w końcu to były moje nastoletnie czasy, a ten okres zawsze miło się wspomina. Na pewno jednak nie tak bardzo, żebym płakał za tym po nocach. To były fajne, trochę nieporadne pierwsze kroki, ale na pewno nie wróciłbym do tego [śmiech].

 

Po Kyst był Coldair, ale najbardziej zaskakującym elementem tego, że twój nowy album ukaże się w Sub Popie jest powołanie zupełnie nowego projektu - Perfect Son. Jak to się stało, że tak znana wytwórnia zdecydowała się wydać debiut z Polski?

Od dawna jestem w kontakcie z Sub Popem i chyba po prostu chcieli wydać Tobiasza Bilińskiego, niezależnie od tego, jaki będzie to projekt. Ja z kolei miałem takie marzenie, żeby zacząć coś nowego, bo jako Coldair grałem chyba z osiem lat. Dużo pozmieniało mi się w głowie i w życiu - trochę się zestarzałem i trochę ustatkowałem. Potrzebowałem podobnej zmiany w mojej muzyce, która na demówkach okazała się zresztą zupełnie inna od Coldair. Wszystkie te elementy złożyły się na to, że postanowiłem założyć nowy projekt.

Współpraca z Sub Popem jest też efektem występu na SXSW. Wiele zespołów ma bardzo negatywne nastawienie do showcase'owych festiwali tego typu, ale twój przykład pokazuje, że to działa.

To może działać, ale rozumiem też, o co tym zespołom chodzi. To specyficzne festiwale, przypominają spęd bydła, warunki są średnie, ciągły pośpiech, bardzo dużo stresu. Lecisz na drugi koniec świata i bardzo często totalnie nic z tego nie wynika, poza frustracją i straconym czasem. Ja miałem akurat szczęście, bo na moim koncercie pojawił się Jonathan Poneman - współzałożyciel Sub Popu - i zainteresował się tym, co robię. Od tamtej pory byliśmy w kontakcie, mailowaliśmy. Chyba czekał, aż moja muzyka wyewoluuje w coś, co chciałby wydać i firmować jako Sub Pop.

 

Ale czy faktycznie miałeś szczęście, czy raczej trzymałeś rękę na pulsie, dosyłałeś nowe pliki i dbałeś o to, żeby Poneman o tobie nie zapomniał?

Cały czas zawracałem mu głowę i informowałem o nowych działaniach. Ludzie tacy jak Jonathan obserwują wiele zespołów, więc przypominanie się jest konieczne.

Jeżeli chcesz, żeby ktoś za granicą cię zauważył, to musisz się pokazywać, często stawiać wszystko na jedną kartę, pojechać gdzieś i wtopić kasę, ale się pokazać.

Myślisz, że więcej polskich wykonawców mogłoby zaistnieć zagranicą, gdyby włożyli w to równie dużo wysiłku? Mam wrażenie, że głównie w tym tkwi problem, bo przecież to nie są już czasy, w których dominowała tylko amerykańska i brytyjska muzyka.

Tak, myślę, że masz rację - większość zespołów nie ciśnie wystarczająco mocno. Boją się, że będą się narzucać albo z góry zakładają, że nikt nie będzie chciał z nimi pracować, bo są z Polski, albo że to za ciężka praca, albo jeszcze coś innego. Nie ma drogi na skróty. Jeżeli chcesz, żeby ktoś za granicą cię zauważył, to musisz się pokazywać, często stawiać wszystko na jedną kartę, pojechać gdzieś i wtopić kasę, ale się pokazać, nawiązać znajomości. To jest ryzykowne, a nie każdy ma wystarczająco dużo odwagi albo możliwości, nie każdy chce wychodzić ze swojej strefy komfortu.

 

Ty chyba nigdy nie miałeś z tym problemu, pierwsze nagrania Kyst powstawały w Norwegii.

Tak, byłem wtedy jeszcze nastolatkiem, mieszkałem tam i chodziłem do tamtejszego liceum. Czasami zastanawiam się, skąd takie podejście się u mnie wzięło. Nigdy nie myślałem, że nie warto uderzać w zagranicę, bo nic mnie tam nie czeka i tak dalej. Nawet pierwsze trasy Kyst obejmowały Pragę czy Berlin, najbliższą zagranicę. Zawsze tak miałem, że od razu próbowałem działać równocześnie na Zachodzie.

A nie masz wrażenia, że chociaż polska muzyka stoi dzisiaj na bardzo wysokim poziomie, to jednak mamy tu wciąż zaścianek, bo na przykład pojawiają się nagłówki typu: Polak wyda płytę w słynnej wytwórni Sub Pop? Nie ważne, jaki zespół, jakie nazwisko, ważne, że Polak…

To temat na bardzo długą rozmowę... Na pewno z takich nagłówków trochę czuć polski kompleks. To, że ktoś z zagranicy zauważył kogoś stąd traktowane jest jak wielkie wydarzenie. Z drugiej strony gdzieś tam to rozumiem, nie zdarza się to zbyt często.

 

Co to właściwie dla ciebie oznacza, że zostaniesz wydany przez Sub Pop? Dzisiaj nie trzeba mieć przecież żadnej wytwórni, żeby dotrzeć do szerokiego grona słuchaczy, wystarczy sprawnie posługiwanie się internetem i mieć nieco szczęścia.

W teorii wystarczy ogarniać internety, ale tak naprawdę nie do końca. Jest przecież masa zespołów na całym świecie i wszystkie starają się działać w internecie jak najwięcej. Konkurencja jest gigantyczna, a z takim podejściem nie można dotrzeć daleko. W Polsce może da się to jeszcze zrobić - są przecież zespoły, które nie mają wytwórni i wyprzedają koncerty - ale jeżeli masz ambicje na chociażby Stany, to tak nie osiągniesz sukcesu. Chyba że trafi ci się jakiś ogromny viral, ale to się zdarza raz na dziesięć milionów przypadków. Wytwórnia pokroju Sub Popu daje za to masę kontaktów biznesowych, daje też znak jakości, bo jakby nie patrzeć, są legendą. To słowo dzisiaj bardzo nadużywane, ale akurat oni naprawdę są legendą. Daje to bardzo dobry start nie tylko w Stanach, ale też na całym świecie i otwiera wiele drzwi.

Gdybym nie musiał zajmować się Perfect Son i być w kontakcie z ludźmi z branży, usunąłbym konto na Facebooku.

Wszystkie te konieczne do autopromocji działania na Facebooku czy Instagramie to dla ciebie przykry obowiązek czy potrafisz podejść do tego z pasją?

Kiedyś dużo bardziej lubiłem social media, byłem znacznie bardziej aktywny, ale zauważyłem, że im jestem starszy, tym mniejszą mam ochotę na robienie tego. Nie mówię, że nie lubię tego robić, ale gdybym nie musiał zajmować się Perfect Son i być w kontakcie z ludźmi z branży, usunąłbym konto na Facebooku. Nie jest to przykry obowiązek, ale na pewno nie mam takiej podjarki, jak osoby których całe życia są dostępne online, a w dodatku wyglądają na bardziej bogate niż są naprawdę. Dodaję głównie jakieś newsy - o tym, że wydaję singla czy płytę... i to wszystko.

 

Mam wrażenie, że zawsze krok po kroku odchodziłeś od akustycznego grania i powoli przyswajałeś bardziej elektroniczne brzmienie. Singlowe "It's For Life" jest natomiast już niemal całkowitą transformacją. To kwestia większego zakresu dostępnych dźwięków?

Tak, dokładnie dlatego. Kiedy używasz głównie instrumentów pokroju gitary akustycznej, to nadaje twojej muzyce dość określony kierunek. Możesz oczywiście pójść z tym w wiele rożnych stron, ale to wciąż to samo brzmienie gitary, a ja mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię muzyczną - lubię bawić się dźwiękiem, lubię tworzyć różne dziwne dźwięki, które mam w głowie i właśnie to dają mi syntezatory czy technologia w ogóle. Stąd elektronika, ale na płycie jest też wiele akustycznych smaczków - gitara, prawdziwa perkusja, pianino... Nie jest to więc do końca płyta elektroniczna.

Powstawała tylko w Polsce czy też w Stanach?

Pół na pół. Część nagrałem u mojego ziomka, Jeffa Zeiglera, w Filadelfii, a część u mojego innego ziomka - Marcina Buźniaka, w Axis Audio w Warszawie. Były z tym różne przeboje - musiałem lecieć do Stanów, wrócić tutaj i dogrywać coś, długa historia... Perkusję nagrywał Jacek Prościński, najpierw doleciał do mnie do Filadelfii i zarejestrował część numerów, później przyjechał do Warszawy i dograł resztę. W dwóch numerach zagrał znakomity perkusista Hubert Zemler, bo akurat wtedy Jacek się rozchorował i nie mógł przyjechać na nagrania.

 

Masz już koncepcję występów na żywo?

Na pewno będę występował z Jackiem na bębnach i z jeszcze dwoma, może trzema osobami. W tej chwili gramy próby, niedługo wszystko się wyklaruje.

 

Nie jesteś chyba sentymentalny - nigdy nie prowadziłeś jednocześnie dwóch zespołów czy projektów muzycznych. Zawsze przed otwarciem nowego etapu zamykasz poprzedni.

Nie jestem człowiekiem, który ciągnie kilka rzeczy naraz. Wolę skupić się na jednej w trzystu procentach, niż rozdrabniać się nawet na tylko dwa zespoły. Może mógłbym grać u kogoś jako sideman, ale nie mógłbym być kimś decyzyjnym w dwóch projektach. Nie mam na to energii. Poza tym lubię zmiany, co jakiś czas muszę trochę zakręcić w swoim życiu, żeby działo się coś nowego, na przykład dość często zmieniam mieszkania.

 

Często się przeprowadzasz, ale kiedy z Kyst zaczynaliście stawać się rozpoznawalni, mieszkałeś w Trójmieście, a w Trójmieście istnieje bardzo silne poczucie wspólnoty z lokalną sceną. Mam wrażenie, że ty zawsze stałeś trochę z boku. Ta "trójmiejskość" znaczy coś dla ciebie?

Trójmiejska scena muzyczna... Nie wiem, zawsze byłem trochę poza tym, nigdy się nie zintegrowałem, ale na pewno duże znaczenie ma dla mnie to, że jestem z Sopotu. To mój dom i myślę, że ukształtował także to, jaką tworzę muzykę. Moim drugim domem jest teraz też Warszawa i tutaj bardziej czuję się częścią sceny, ale mam i zawsze będę mieć sentyment do Trójmiasta, dużo fajnych zespołów stamtąd pochodzi.

 

Na koniec muszę jeszcze dopytać - czy twoi rodzice potwierdziliby, że nazwa twojego nowego muzycznego wcielenia nie jest jedynie fantazją?

Moi rodzice potwierdziliby, że jest to bardzo przekorna nazwa [śmiech].

 

Premiera albumu "Cast" zaplanowana jest na 15 lutego, na żywo Perfect Son będzie można zobaczyć między innymi podczas Off Festival 2019.

 

fot. (2) Weronika Izdebska (ovors)

fot. (1 i 3) Pola Sobuń


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive