Soundrive Live

Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda

 

Świat Harry'ego Pottera przyswajałem w ekspresowym tempie w ciągu ostatniego miesiąca. Nie czytałem żadnej z książek, wcześniej nie oglądałem żadnego z filmów i wciąż mylę Hogwart z Gryfindorem albo charłaka ze szlamą. Może właśnie dlatego pełne boleści rozprawki recenzentów zza Atlantyku w dużym stopniu nie tylko wydają mi się chybione, ale wręcz złośliwe.

Złośliwości wylewają się głównie pod adresem Johnny'ego Deppa - niegdyś uwielbianego dziecka Hollywoodu, dzisiaj nierentownego aktora z osobistymi problemami, którego część widzów próbowała usunąć z "Fantastycznych zwierząt" za pomocą petycji. W recenzjach można przeczytać, że nie ma ani energii, ani charyzmy wystarczających do tej roli (The Atlantic); jest idealnie nijaki (New York Times); sprawdza się tylko jego wygląd (Movie Nation). Moje wrażenia są natomiast skrajnie inne - przez dwie godziny z kawałkiem radowało mi się serce, że aktor, który niegdyś zmieniał w złoto wszystko, czego się dotknął po blisko dziesięciu chudych latach wreszcie wraca do formy. Gellert Grindelwald nie jest kolejnym wcieleniem Jacka Sparrowa, Depp tym razem nie szarżuje, gra powściągliwie, często więcej wyrażając mimiką niż dialogiem, a pobudki jego bohatera mają mniej więcej tyle samo sensu, co pobudki Thanosa w "Avengers: Wojna bez granic" albo Ozymandyasa w "Watchmen". W moim odczuciu to właśnie Depp kradnie każdą ze scen, a nieco mniej przekonująco wypada Eddie Redmayne i jego utrwalająca się maniera (oby Newt Scamander nie stał się jego Jackiem Sparrowem).

Grindelwalda otacza mrok doskonale znany z ostatnich przygód Harry'ego Pottera. Ponownie dodaje fabule głębi i nastroju, skutecznie uniemożliwiając doklejenie filmowi łatki kina familijnego. Depp ma w tym zresztą świetne wsparcie w postaci Ezry Millera, którego postać w dużym uogólnieniu można by nazwać Wolverinem tego uniwersum, czyli człowiekiem na granicy szału i rozpaczy, desperacko próbującego poznać swoją przeszłość. W takich ponurych, moralnie niejednoznacznych momentach "Zbrodnie Grindelwalda" sprawdzają się najlepiej; najgorzej działają natomiast elementy komediowe.

 

Dan Fogler wraca jako nasz rodak, Jacob Kowalski i w pięć sekund wyjaśnia, dlaczego dramatyczna utrata pamięci z pierwszej części przestała obowiązywać. Jest to równie naciągane, co niemal wszystkie pozostałe sceny z jego udziałem. Urokliwa nieporadność polskiego cukiernika całkowicie wyparowała, pozostała po niej jedynie chłodna kalkulacja na umieszczenie w scenariuszu niewyczerpalnego źródła wątków humorystycznych (no bo przecież wystarczy, że gruby z wąsem popatrzy tępo w kamerę i już jest kupa śmiechu...).

Wątkiem skrajnie niedorzecznym jest z kolei romans Newta Scamandera i Tiny Goldstein (Katherine Waterston), który zawiązał się w poprzednim odcinku, ale najwyraźniej Rowling naoglądała się "Przyjaciół" i postanowiła dzielić i łączyć bohaterów przy użyciu tak idiotycznych błahostek, że trudno powstrzymać się przed wykonaniem gestu kapitana Picarda. Przez pół filmu ona go nie chce, bo przeczytała jakiś dyrdymał w gazecie i nie wpadła na pomysł skonfrontowania nieprawdziwego tekstu z kimś, do kogo rzekomo wzdycha; on z kolei nie potrafi w jednym zwięzłym zdaniu wyjaśnić, że zaszło nieporozumienie... Jeżeli tak wygląda świat uczuciowy czarodziejów, to jednak lepiej pozostać mugolem.

 

"Zbrodnie Grindelwalda" mają typowe objawy środkowego filmu dłuższej serii - nie mogą już zaskakiwać świeżością pierwszej części budującej realia świata przedstawionego (to niby uniwersum Harry'ego Pottera, ale jednak bardzo różne od tego, co działo się za murami Hogwartu) i nie mogą też zbyt dużo zdradzić przed wielkim finałem. J.K. Rowling nie najlepiej radzi sobie z takimi historiami, czego po wcześniejszym cyklu filmów nie dało się stwierdzić, bo chociaż wątkiem głównym zawsze było starcie Pottera z lordem Voldemortem, to każdy odcinek miał również własną, zamkniętą opowieść. Z drugiej strony niewielu potrafi udźwignąć temat filmu środka (nowe "Gwiezdne wojny" po prostu ominęły go, wplatając do trzeciej trylogii prequel "Nowej nadziei"), a drugie "Fantastyczne zwierzęta" w tym kontekście prezentują się solidnie i koniec końców nie brakuje im najważniejszego elementu - dostarczają wartościowej i estetycznej rozrywki.

Nic dziwnego, że ponownie zaistniał potężny dysonans pomiędzy średnią ocen krytyków a średnią ocen widzów (na Rotten Tomatoes odpowiednio 40% i 70%), który bynajmniej nie wynika z niewyedukowania przeciętnego odbiorcy, bo podejrzewam, że i wśród recenzentów wielu nie zgłębiło chociażby tak podstawowej lektury, jak "Film art. Sztuka filmowa. Wprowadzenie". Wynika z negatywnego nastawienia a priori, z niespełnionego wyobrażenia, z niechęci do aktora i obierania perspektywy skrajnie różnej od tej, z jaką do pracy na planie podeszli reżyser i aktorzy. Krótko pisząc, zbyt wiele recenzji wychodzi spod pióra profesor Dolores Umbridge; zbyt mało od Albusa Dumbledore'a.


Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda

Tytuł oryginalny: Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald

USA, 2018

Warner Bros.

Reżyseria: David Yates

Obsada: Eddie Redmayne, Johnny Depp, Ezra Miller

3,5/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive