Soundrive Live

Medicine Boy: Mroczne teksty rozjaśniają rzeczywistość

 

SpaceFest! to festiwal wyjątkowy, bo chociaż wielu z występujących tam zespołów poza ich rodzimymi krajami nie zna prawie nikt, sama idea wydarzenia przyciąga tłumy zwolenników shoegaze'u i wszystkiego, co psychodeliczne. W tym roku jednym z najciekawszych zespołów na scenie gdańskiego B90 będzie pochodzące z RPA Medicine Boy, z którego połową miałem okazję porozmawiać.

Kuba Biernacki: Gdy wymieniacie swoje inspiracje, piszecie o Mazzy Star, Spiritualized czy Beach House. Brakuje mi wśród nich zespołu, o którym od razu pomyślałem słuchając "Lower" - The Kills.

Andre Leo: Zdecydowanie są dla nas inspiracją. Możliwe, że dla mnie bardziej niż dla Lucy. Porównywano nas do nich kiedyś, gdy ludzie pierwszy raz widzieli nasz zespół - wiadomo, dziewczyna plus koleś plus automat perkusyjny - ale dobrze wiedzieć, że podobne jest też nasze brzmienie. Jeśli chodzi o mnie, to twórczość Jamiego Hince'a z pewnością wpłynęła na sposób, w jaki gram.

 

"Lower" brzmi jak odświeżające połączenie sennego shoegaze'u z amerykańskim bluesem. Jak wpadliście na pomysł takiego wymieszania gatunków?

To chyba jest dla nas bardzo naturalna kombinacja, przemawia do nas. Próba stworzenia czegoś nowego i ekscytującego z tradycyjnych brzmień zawsze była dla nas wartościowym wyzwaniem. Z jednej strony uwielbiamy ten minimalizm bluesa, a z drugiej jesteśmy niewolnikami reverbów.

Występujecie jako duet wspomagany automatem perkusyjnym - łatwiej jest grać tylko we dwoje?

Gdy zaczynaliśmy w 2014 roku, nie narzucaliśmy sobie żadnych ograniczeń ani idei, co do brzmienia czy składu zespołu. Chcieliśmy tylko móc grać we dwoje. W końcu, w czasie pisania naszych pierwszych wspólnych utworów, doszliśmy do tego zestawienia - dwa wokale, gitara, klawisze i automat perkusyjny wspomagany czasami przez Lucy grającą na stojąco na bębnach. Twórczość w duecie była wyzwaniem, które wzbudziło naszą kreatywność i pozwoliło wyjść ze strefy komfortu.

 

Kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na decyzję o pozostaniu duetem była konieczność podróżowania. RPA jest baaaardzo daleko, więc koncertowanie zagranicą to prawdziwie mamucie wyzwanie. Stwierdziliśmy, że będzie łatwiejsze dla dwóch osób niż czterech czy pięciu. Ale mimo wszystko, jesteśmy zawsze otwarci na możliwość poszerzenia składu. W RPA już od kilku lat gramy z fantastycznym perkusistą. Oba składy - duet i tercet - mają swoją magię.

 

Natknąłem się na taki cytat o waszej muzyce: Przyjemnością pracy z noisem jest to, że bierze się coś, co wydaje się być słodkie i proste, a później ukazuje się tego gorzką stronę. Co jest dla was ważniejsze - zachwycanie słuchaczy pięknem, czy ukazanie im tego mroku?

Nie wydaje mi się, by można było - albo powinno się - mieć jedno bez drugiego. To także nie jest nic, co robimy świadomie. Współpraca/zderzanie się naszych osobowości gwarantuję obecność obu tych elementów.

Z tego, co słyszałem wynika, że wasze koncerty to prawdziwe przeżycie. Z drugiej strony, w waszej twórczości wiele jest ballad. Trudno jest przyciągnąć uwagę publiki powolną muzyką? A może wyzwala ona wręcz większe skupienie?

Wydaje mi się, że publiczność często docenia zespoły, które nie boją się nieco zwolnić, ale są też ludzie, którzy mogą się znudzić i wyjść, i nie mamy nic przeciwko temu. Założenie, że zespół musi grać szybko i głośno, żeby jego koncert był sukcesem jest śmieszne. Rzeczywistość wokół nas jest już wystarczająco szybka i głośna. Ponownie myślę o tej równowadze. Chyba dlatego często wymieniamy Spiritualized jako jedną z największych inspiracji. I wcale nie chodzi głównie o użycie reverbów albo drone'ów, uwielbiamy ten zespół przede wszystkim za tę całkowitą pewność, jaką pokładają w graniu wolniej. Co nie zmienia faktu, że potrafią też dać zajebiście większego czadu niż inni.

 

Teksty na "Lower" są doprawdy hipnotyzujące. Jest taki motyw, który pojawia się na niej od czasu do czasu - woda i związana z nią tajemnica. Chociażby morska pogoda w "Bottom of the Blue", "Water Girl" czy wanna w "For The Time Being". Co stoi za fascynacją tym tematem?

Kapsztad leży nad oceanem. To z pewnością ma jakiś związek, ale nie potrafię wskazać, co dokładnie odpowiada za to, że ten motyw tak często się przewija. Możliwe, że ponownie chodzi o tę symbiozę między spokojem a chaosem. Poczucie znajomości czegoś, o czym tak naprawdę wiemy bardzo mało. Medicine Boy zawsze zależało przede wszystkim na atmosferze. Wzbudzaniu uczuć i mieszaniu ich, zarówno w nas, jak i w słuchaczach. Podobnie jak wciąż i zawsze robią to lodowate, szare wody obmywające wybrzeże Kapsztadu.

Teksty są na ogół bardzo mroczne. Kto je pisze?

Piszemy obydwoje. I naprawdę są dość mroczne. Ale pisanie ich pomaga nam w jakiś sposób rozjaśnić te trudne tematy. Mam nadzieję, że dzieje się tak również u innych osób.

 

Zagracie trzy koncerty w Polsce, to wasz pierwszy raz tutaj?

Tak, to nasz pierwszy raz. Jesteśmy bardzo podekscytowani i szczerze mówiąc, nie wiemy, czego się spodziewać. Słyszeliśmy jednak o tym, jak bardzo cenicie rock'n'rolla - to nam wystarczy.

 

fot. Morne van Zyl / Nirma Madhoo / Calvin Siderfin


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive