Soundrive Live

Jazz Jantar 2018, tydzień drugi

 

Po dziesięciu dniach posuchy Jazz Jantar wrócił do klubu Żak. Co się działo między 8 a 12 listopada, sumiennie opowiadam.

We czwartek 8 listopada można się było przekonać, że Jazz Jantar ma rękę na pulsie najgorętszych zjawisk w muzyce. Irreversible Entaglements, free jazzowy kolektyw ze wschodniego wybrzeża USA ma na swoim czele Camae Ayewę, znaną szerzej jako Moor Mother - jedną z głównych postaci najnowszej awangardy muzycznej. Tak się złożyło, że na przestrzeni jednego miesiąca widziałem ją w obu wcieleniach - jako Moor Mother na warszawskim Avant Arcie i pod własnym nazwiskiem w Żaku. W Irreversible Entaglements mocne, radykalne przesłanie polityczne splata się z free jazzem, co jest połączeniem doskonale znanym z końcówki lat 60. i całej dekady lat 70. To, co historyczne, zostało przez młodych muzyków wzbogacone nową, odmienną energią i nową, odmienną wrażliwością. Kwestie rasy, gender i nierówności majątkowych są prawie nieobecne w polskiej debacie, w  Żaku dostaliśmy je podane w fascynującej, charyzmatycznej i dobitnej formie estradowej.

Jaką muzykę można zagrać po tak mocnym występie? Odpowiedź dał trębacz Joseph Leimberg i jego sekstet. Kalifornijczycy zagrali nowoczesną wersję jazzu fusion, bogatą aranżacyjnie, raczej ciepłą i delikatną brzmieniowo. Ta muzyka nie ustrzegła się pewnych dłużyzn, nie wszyscy członkowie zespołu prezentowali taki sam poziom, ale było szczerze i bezpretensjonalnie, z uroczą nutką psychodelii.

 

Następnego dnia festiwalowy weekend otworzył George Burton Quintet. Rozchwytywany pianista, współpracownik Jamesa Cartera, Joe Lovano, Me'Shell NdegeOcéllo, obecny członek Sun Ra Arkestra był bardzo długo namawiany na nagranie płyty autorskiej. Album ukazał się dwa lata temu i rozpoczął nowy etap w jego karierze. Burton i jego muzycy - trębacz Jason Palmer, saksofonista Tim Warfield, basista Pablo Menares i bębniarz Wayne Smith Jr. -  zagrali w Żaku muzykę zakorzenioną w historii jazzu od przełomu lat 50. i 60. do dzisiaj i była to podróż całkowicie wciągająca. Podejście do jazzowej tradycji jest u Burtona podobne jak na przykład u Christiana Scotta. Bardzo ten model ożywiania szacownych dźwięków popieramy.

 

W drugiej połowie wieczoru przyszedł czas na pierwszą gwiazdę tej edycji - Vijay Iyer Sextet. Amerykański pianista jest wielkim przyjacielem festiwalu, ten koncert był jego bodaj szóstym w Żaku na przestrzeni kilku lat. Iyer przywozi każdy swój nowy projekt. W jego sekstecie jeszcze nie wszystko jest zapięte na ostatni guzik, ale i tak efekt był olśniewający. To jest jazz, w którym matematyka spotyka się z bardzo gorącymi emocjami, jazz, w którym jest wiele miejsca dla rzadko spotykanych w jazzie elementów - rytmiki techno, riffów stoenerowych i postmetalowych. Wielki muzyk u szczytu dotychczasowych możliwości. Pierwszy, ale nie ostatni podczas tego weekendu. Po obu koncertach tego piątku w kuluarach bardzo długo utrzymywała się euforyczna atmosfera, a ostatni melomani opuścili bar o trzeciej w nocy.

Sobota 10 listopada była - podobnie jak poprzedzający ją dzień - wieczorem dwóch doskonałych koncertów. Zaczął prawdziwy czarny koń festiwalu, saksofonista Chris Pitsiokos na czele kwartetu CP Unit. Alcista Chris Pitsiokos nie przekroczył jeszcze trzydziestki, ale ci, którzy już określają go jako wybitną postać jazzowej awangardy, mają rację. CP Unit odnosi się do takich tradycji jak free i punk-jazz, ale nieobce są mu też inspiracje math-rockowe i post rockowe. To wszystko jest wymieszane znakomicie i zagrane brawurowo. Jeszcze dziś mam po tym koncercie przyśpieszone tętno.

 

Zapowiadana druga wielka gwiazda festiwalu to oczywiście gitarzystka Mary Halvorson. Podobnie jak Vijay bardzo związana z Jazz Jantar i podobnie jak on przyjechała z dużym składem. Jeszcze większym niż on. Mary Halvorson Octet był naszpikowany wspaniałymi nazwiskami, byli między innymi Ingrid Laubrock na tenorze, Jon Irabagon na alcie, Susan Allcorn na pedal steel guitar (niegdyś nazywanej "gitarą hawajską"), czy kontrabasista John Hébert, stały współpracownik Tomasza Stańki z ostatniego okresu jego twórczości. Orkiestrowa niemal potęga brzmienia, świetne kompozycje i aranżacje, żelazna dyscyplina wykonania. Mary Halvorson dorabia się instytucjonalnej pozycji w muzyce poszukującej, za kilka lat może znaczyć tyle co na przykład John Zorn, z którym zresztą od kilku lat intensywnie współpracuje.

 

W Dzień Niepodległości mieliśmy w Żaku polski jazz. Na początek Vibe Quartet z pianistą Franciszkiem Raczkowskim, który grał już w pierwszym dniu tej edycji. W kwartecie znaleźli się jeszcze wibrafonista Michał Puchowski, basista Mateusz Szewczyk i perkusista Max Olszewski. Vibe Quartet przyjechał na Jazz Jantar 2018 w ramach współpracy z krakowskim Jazz Juniors i młodzieńcze zachłyśnięcie własnymi możliwościami i umiejętnościami było w tej muzyce wyczuwalne. Przypominam jednak, że nagrody Jazz Juniors to szlify w polskim jazzie doskonale rokujące na przyszłość.

 

Po młodzieży zagrał Marek Napiórkowski, muzyk na wszystkie strony spełniony i w pełni wypromowany. Częsty gość na Jazz Jantar, przyciągający własną, entuzjastyczną publiczność. To było kolejne w tym roku spotkanie z fusion, niezwykle wirtuozowskie, popisowe, także dzięki kompetencji partnerów, czyli perkusisty Clarence'a Penna, pianisty Manuela Valery i basisty Janusza Święsa. Chłopcy mocno napodpisywali się płyt po koncercie.

 

I wreszcie zaskakująco świąteczny poniedziałek 12 listopada. Na pierwszy ogień poszedł islandzki kwartet Dillalude. Zespół jest hołdem dla J Dilli, genialnego, przedwcześnie zmarłego dwanaście lat temu producenta hip-hopowego.  Koncept polega na budowaniu jazzowej improwizacji na bitach nagranych przez J Dillę. Jak to często z konceptami bywa, nieco lepiej wypada to na papierze niż w faktycznej realizacji - potencjał genialnych, nieśmiertelnych bitów nie został wykorzystany moim zdaniem w pełni. Po części było to "zasługą" perkusisty, który zdecydował się zagrać mimo że dopiero dochodzi do zdrowia po złamaniu nogi. W tej muzyce było i tak dużo rytmu, a bita na odlew perkusja nie była konieczna, wręcz przeszkadzała.

Co straciliśmy na początku wieczoru, zyskaliśmy pod jego koniec. Pod warunkiem, że lubimy jazzowy mainstream. Aaron Diehl Trio to był mainsteam perfekcyjny i o bardzo szerokich horyzontach. trzydziestotrzyletni pianista współpracuje z jedną z najlepszych współczesnych wokalistek jazzowych, Cécile McLorin Salvant pamiętaną w Gdańsku z łezką w oku, a z drugiej strony Phillipem Glassem, jednym z pierwszych kompozytorów minimalistycznych. Te doświadczenia były w jego grze wyczuwalne, tym bardziej, że trio zagrało jeden utwór będący jazzową improwizacją na temat jednej z etiud fortepianowych mistrza. W trio znalazł się także kontrabasista Paul Sikivie  (też stały współpracownik McLorin Salvant) i perkusista Gregory Hutchinson. Aż trudno uwierzyć, mając w pamięci koncert, że Greg był zastępstwem i z kolegami spotkał się dopiero na próbie przed koncertem. Ale jeśli ktoś - tak jak on - grał z takimi zawodnikami, jak Joe Henderson, Joshua Redman, czy Ray Brown to nie musi się aklimatyzować...

 

Finałowa prosta Jazz Jantar 2018 to koncerty w dniach 14-18 listopada. Czyli ciąg dalszy nastąpi!


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive