Soundrive Live

Gołębie - "Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy"

Nienawidzę gołębi. Nienawidzę tych latających pasożytów z całego serca i złorzeczę każdemu jednemu. Okazuje się jednak, że w tej szarej hołocie można znaleźć Gołębie, a to już zupełnie inna bajka...

Podniebne szczury mają jedną nietypową właściwość, która wyróżnia je w królestwie ptaków i sprawia, że wytrawnym ptasim myśliwym nie tak łatwo jest je upolować - przy maksymalnej prędkości potrafią gwałtownie zatrzymać się w miejscu, zrobić zwrot i polecieć w przeciwnym kierunku. Tę właściwość odziedziczyły Gołębie w ludzkiej skórze i manifestują ją poprzez hałaśliwą muzykę pasującą jednocześnie do etykiet "noise", "punk" czy "shoegaze", a także do żadnej z nich.

 

Słychać to już w otwierającym album "We śnie", gdzie niemal szepczący głos Mateusza Gawineckiego ginie pod liniami instrumentalnymi, a szczególnie pod niemal jazzową partią perkusyjną z niemiłosiernie zarzynanymi talerzami. Trwa to jednak niespełna minutę, wtedy Gołębie robią szybki zwrot i gnają w innym kierunku, a później jeszcze raz - z coraz większą prędkością. W małym, słabo nagłośnionym klubie stanie pod sceną podczas odgrywania tego kawałka będzie równoznaczne z samobójstwem. Jakub Lemiszewski w roli perkusisty okazuje się równie pomysłowy, co w swojej solowej, elektronicznej twórczości, a bez ograniczeń narzuconych przez mikrofony jego instrument przemienia się w akustycznego kata.

 

Te "gołębie", gwałtowne wyhamowania powracają na długości całego albumu, świetnie manipulując jego dramaturgią. Najbardziej dramatycznym utworem są natomiast "Kwiaty", gdzie poznański zespół zbliża się do rewirów współczesnego emo punku spod znaku The Saddest Landscape albo Loma Prieta, w czym ogromną rolę odgrywa znakomity, wściekły głos Bibi - wokalistki między innymi Evvolves czy Bibi and the Wave. To wyjątkowo emocjonalny moment "Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy" i chociaż jestem przekonany, że "prawdziwe" punki odrzuciłyby go jako niewyrastający z ich własnej sceny, to po wyeliminowaniu podziałów i pozostawieniu samej muzyki trudno nie dostrzec połączeń.

 

Debiut Gołębi to jedna z najbardziej hałaśliwych polskich płyt mijającego roku. Hałas nie kryje się przecież w decybelach, którymi możemy manipulować za pomocą pokręteł; hałas to immanentna część kompozycji, a kiedy posłuchamy bardzo cicho na przykład Behemoth, to okaże się, że owszem, jest w tej muzyce agresja, ale efekt polerującej produkcji trudno nazwać hałaśliwym. Gołębie z kolei nawet bardzo cicho odsłuchiwane zdzierają z twarzy skórę tymi wciąż dzwoniącymi talerzami i wysokimi dźwiękami gitary elektrycznej. Nie każde ucho będzie przystosowane do obcowania z takim brzmieniem, moja rozpływa się w nim.


Trzy szóstki/2018


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive