Soundrive Live

Bohemian Rhapsody

 

Filmowa biografia członków Queen to produkcja zbyt bezpieczna i zachowawcza, przez co mijająca się z duchem twórczości samego zespołu. Jednak można ją obejrzeć dla świetnych scen koncertowych i ciekawej transformacji Ramiego Maleka.

Jeszcze przed startem produkcji, "Bohemian Rhapsody" było w pewien sposób skazane na porażkę w oczach wielu widzów. I nie chodzi tu o typowe w takich przypadkach stwierdzenia "tej legendy nie da się udźwignąć", a o fakt, że duże emocje wzbudziła wizja biografii Queen tworzonej przez Sachę Barona Cohena, który fizycznie jest bardzo podobny do Freddiego Mercury'ego. Projekt jednak nigdy nie doszedł do skutku, a podobno głównym problemem byli żyjący członkowie zespołu, którym nie podobało, jak mieli zostać w filmie przedstawieni. W ten sposób potencjalny film stał się w pokrętny sposób nigdy niespełnionym snem dla pewnej grupy fanów. To jedna strona medalu, bo w końcu Queen to zespół, który nie ma zwolenników, tylko wyznawców. I spora część z nich przyjmie z zachwytem wszystko, co pozwoli im na kolejne zetknięcie z obiektem swojego kultu. W tym zderzeniu opinii ludzie, którzy po prostu chcą obejrzeć ciekawie zrobiony film, mogą poczuć się zagubieni.

Fabularnie "Bohemian Rhapsody" to klasycznie opowiedziana filmowa biografia, która obejmuje historię Queen od zapoznania się członków zespołu, aż do legendarnego koncertu Live Aid na stadionie Wembley. Nie ma tu mowy o żadnym polocie czy eksperymentach, które wydawałyby się na miejscu w wypadku filmu o tak niezwykłych muzykach. To klasyczne odhaczanie kolejnych punktów na liście "najważniejsze punkty w karierze kapeli i jej lidera". Problemem jest tu decyzja na zmieszczenie w stu trzydziestu minutach (a to i tak sporo) tak potężnej dawki wydarzeń. Wszystko wydaje się tylko ledwo zaznaczone i lizniętę - specyficzna relacja z Mary Austin jest ważna tylko na początku, konflikty Mercury'ego z zespołem sprowadzają się do podziału Freddie rozkapryszona gwiazda kontra skromna i pracowita reszta, a cała hedonistyczna otoczka wokół jego życia jest pokazana wyjątkowo zachowawczo. Najbardziej boli jednak straszne spłycenie kwestii powstawania samych utworów - jedyne ciekawe sceny dotyczą pierwszych sesji nagraniowych i eksperymentowania z dźwiękiem. Jednak później wygląda to tak, że jeden z muzyków mówi: Ej, posłuchajcie jaki rytm wpadł mi do głowy, a zaraz potem widzimy jak piosenka wykonywana jest na żywo... Mnie takie spłycenie sprawy strasznie irytowało. Zdecydowanie się na przekrój całej historii Queen ujawnia także inny mankament - ta opowieść nie pozwala na trzymającą w napięciu narrację filmową, bo składa się z jednego gigantycznego sukcesu za drugim, co jest imponujące, ale ostatecznie dość nudne.

Jak łatwo się domyślić, tym, co tak naprawdę stanowi siłę napędową filmu jest muzyka (trochę mało w tym zasługi twórców) oraz bardzo efektownie zrealizowane sceny koncertowe, a w szczególności finałowa sekwencja na Live Aid. Nie jestem wielkim znawcą występów Queen, ale zdaje mi się, że charakterystyczna choreografia i potężna energia sceniczna Mercury'ego zostały bardzo rzetelnie odwzorowane. Oczywiście wielką zasługę ma w tym grający go Rami Malek, choć roli tej daleko do ideału. Owszem, w kwestii ruchu i ogólnej fizyczności jest przekonywujący, ale o wiele gorzej sprawdza się w scenach dramatycznych, kiedy ma zachowywać się jak normalny człowiek. Może to kwestia trochę zbyt monotonnego głosu lub protezy szczęki, która zbyt często odwraca uwagę od samej historii. Malek jako król sceny i życia - jak najbardziej. Jako zagubiony i bojący się samotności wrażliwiec - już niezbyt. O reszcie obsady można powiedzieć tyle, że wykonuje swoje zadanie przyzwoicie, ale w żaden sposób nie zapada w pamięci. Tu jednak jest miejsce tylko na jedną prawdziwą gwiazdę.

"Bohemian Rhapsody" stanowi duże rozczarowanie, bo Queen i Freddie Mercury naprawdę zasługują na ciekawszy film. To typowe ugrzecznione oglądadło, które nadaje się na obejrzenie przez całą rodzinę po świątecznym obiedzie. Prawdopodobnie większość będzie zadowolona, ktoś zanuci sobie znane przeboje i powspomina, jak to kiedyś było. Pewnie wypadałoby zadać pytanie, czy to właściwie coś złego? Pozornie nie, ale zespół tak odważny i łamiący schematy powinien otrzymać biografię, która także nie będzie bała się wyjść poza te bezpieczne rejony.


Bohemian Rhapsody

USA, 2018

GK Films

Reżyseria: Bryan Singer

Obsada: Rami Malek, Lucy Boynton

3/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive