Soundrive Live

Halloween (2018)

 

Kilka dni temu minęło dokładnie czterdzieści lat od premiery "Halloween" Johna Carpentera, które spopularyzowało slasher jako podgatunek horroru i dało popkulturze jednego z jej najbardziej ponurych i bezwzględnych bohaterów. Kolejne dziewięć odsłon serii nie było w stanie zbliżyć się do tego sukcesu, ale wreszcie los się odmienił.

Nie uważam wszystkich sequeli oryginalnego "Halloween" za profanację. Druga i czwarta część to całkiem przyzwoite horrory, a pierwsza odsłona remake'u Roba Zombiego ukazała ciekawe, nowe spojrzeniem, które przypominało wprawdzie pełnometrażowy teledysk metalowego zespołu, ale potrafiło jednocześnie zafascynować. Największym problemem tych filmów jest jednak brzemię, jakie musiały udźwignąć i oczekiwania setek tysięcy fanów na całym globie. Porażka goniła porażkę, ale w końcu - po czterech dekadach - udało się.

 

Napisy początkowe wystylizowane na ich odpowiednik z filmu z 1978 roku mają charakter symboliczny. Zmiażdżona dynia powoli zaczyna nabierać kształtów, przybiera dawny wygląd i tak też reklamowany był powrót Michaela Myers, powrót odtwarzającego tę postać Nicka Castle (w późniejszych latach reżysera familijnych komedyjek typu "Dennis rozrabiaka" czy "Szczeniackie wojsko"), powrót Jamie Lee Curtis, powrót Johna Carpentera jako producenta i autora odświeżonej ścieżki dźwiękowej. Na papierze wyglądało to za dobrze, a kiedy dołączyły pierwsze, niemal wyłącznie pozytywne recenzje, oczekiwania sięgnęły tak wysokiego poziomu, że gdyby znowu wydarzyło się coś na miarę Busta Rhymesa dokopującego Myersowi ("Halloween: Powrót"), nigdy więcej nie zaufałbym twórcom tej serii. W 2018 roku świadomość kultu, jakim się dysponuje jest jednak na tyle duża, że sprawny reżyser może przekuć te oczekiwania w atut i takim sprawnym reżyserem okazał się David Gordon Green.

Filmografia Greena jest przedziwna. Mnóstwo w niej artystycznych, nagradzanych filmów pokroju "Sztamy", "Manglehorna" z Alem Pacino czy "Joe" z Nicolasem Cagem. Nie ma w niej natomiast ani jednego horroru i być może właśnie to przesądziło o sukcesie. Przede wszystkim Green nie miał ignoranckiego podejścia, z jakim na przykład Zack Snyder podszedł do kreowania własnej wersji Supermana, zupełnie niezgodnej z tym, co fani postaci znali z komiksów. Green nie chciał ukształtować własnego Myersa, chciał nam - fanom - oddać tego pierwotnego i bez dwóch zdań pracę domową odrobił.

 

Maska Michaela ma pierwotny kształt, czyli twarz Williama Shatnera pomalowaną na biało. Jest odpowiednio postarzona, ale nie w sposób cyfrowy, a poprzez rzetelną pracę ekipy technicznej. To ważne, bo na maskę narzekano od części piątej i już po zwiastunach jasnym było, że reżyser wsłuchał się w te głosy. "Fan service" w jego wykonaniu jest jednak znacznie szerzej zakrojony, przejawia się w wielu scenach wprost zaczerpniętych z filmu Carpentera. W jednej z nich troje nastolatków rozmawia na zupełnie przyziemne tematy, przemierzając ulice maleńkiego Haddonfield - brzmi znajomo? W innej jedna z bohaterek wygląda przez okno sali lekcyjnej i spostrzega, że jest przez kogoś obserwowana - brzmi znajomo? Najlepsze dzieje się jednak pod sam koniec i aż mi palce płoną, żeby podzielić się opisem tej fantastycznej sceny, ale nie będę psuć wam zabawy.

Green wniósł do filmu jeszcze jeden ważny element - fenomenalne ujęcia. Fenomenalne, jak na horror aspirujący raczej do szczytowego osiągnięcia kina klasy B niż arthouse'owego dzieła na miarę "Uciekaj!". Nie jest to więc widowiskowa sztuka na miarę "Zimnej wojny" albo dzieł Wesa Andersona, a raczej kwestia umiejętnego komponowania ruchu i dobrego rytmu montażu. Za przykład niech posłuży dialog pomiędzy Laurie (Jamie Lee Curtis) a dziennikarzami z Wielkiej Brytanii badającymi zbrodnię sprzed lat. Wymianę zdań na ekranie najłatwiej można ująć za pomocą przeciwujęć i taka technika została tutaj wykorzystana, ale wymiana zdań rozgrywa się głównie pomiędzy Laurie i Aaronem (Jefferson Hall), Dana (Rhian Rees) dodaje do gesty i mimikę, reakcje, które wzmacniają każde z wypowiedzianych zdań. Całość sfilmowano w dodatku szerokokątnym obiektywem, co pozwoliło wydobyć wiele pozawerbalnych komunikatów, chociażby skrzyżowane ręce Laurie, która niechętnie wdaje się w kolejne detale swojego życia.

Największy montażowy majstersztyk możemy podziwiać w okolicach czterdziestej szóstej minuty. Myers zbliża się do przypadkowego domu, ale obiektyw wyprzedza go, "wchodzi" do pomieszczenia, gdzie przez chwilę podglądamy niczego niespodziewającą się ofiarę. Nasz złoczyńca wkrótce dołącza, ale wzrok widza pozostaje nieruchomy, zbrodnia dokonuje się poza kadrem, co dodatkowo wzmacnia napięcie. Reżyser nie zarządził jednak cięcia. Michael zmienia broń, kamera znów za nim podąża, mija martwą kobietę, nie poświęcając jej ani sekundy uwagi. Zatrzymujemy się kolejny raz, nad kołyską, gdzie mordercę przyciąga płacz niemowlaka. Prawdopodobnie dla większości z nas zabicie tak bezbronnej istoty to największe z możliwych bestialstw, ale nie będę zdradzał, czy ostatecznie do niego dochodzi. Zdradzę tylko tyle, że napięcie staje się jeszcze bardziej przytłaczające.

 

Wciąż nie ma cięcia, wychodzimy na zewnątrz, na ulicę pełną rozradowanych dzieciaków zbierających cukierki. Michael wymyka się z kadru, na chwilę pojawiają się w nim przypadkowi ludzie i ich codzienne sprawy, a później zmierzamy w kierunku kolejnej ofiary. Kamera robi tutaj dłuższy przystanek i pozwala Greenowi na kompozycyjne czary. Oblicze mordercy odbija się w szybie, później znika, a po drugiej stronie pojawia się na drugim planie rozmawiająca przez telefon kobieta. Cały czas mamy jednak widok na inne okna, gdzieś w tle, a w nich chwilę później przemyka cień. Przez chwilę scenografia pustoszej, następnie kobieta wchodzi na pierwszy plan, a zaraz za nią wyłania się bezwzględny oprawca dokonujący jakby od niechcenia kolejnego morderstwa. Napięcie wreszcie opada, całość trwa trzy intensywne minuty. Cięcie.

Rozpisałem się niemiłosiernie, ponieważ wiele osób ogląda filmy wyłącznie dla historii, a tymczasem to długie ujęcie jest tak genialnym popisem umiejętności, że podziwiałem je z rozdziawioną gębą i nie mogłem się nadziwić, że coś tak pięknego spotkało "Halloween" po tych wszystkich fatalnych sequelach. To jedna z najlepszych scen, jakie kiedykolwiek widziałem w filmie grozy i esencja tego, co można określić mianem audio-wizualnej poezji dziesiątej muzy. Dlaczego "audio"? To oczywiście zasługa Johna Carpentera.

 

Mistrz horroru pogubił się w połowie lat 90. Jego filmy traciły dawny blask, a ostatni z nich ("Oddział" z 2010 roku) był jeszcze większą klęską niż niektóre z kontynuacji "Halloween". Zbiegło się to jednak w czasie z coraz większą popularnością retro-syntezatorowej muzyki i właśnie w tej dziedzinie Carpenter odnalazł drugie życie. Aż trudno uwierzyć, że ścieżka dźwiękowa do filmu z 1978 roku powstała z przymusu, jako sposób na zaoszczędzenie kilku groszy, ale kiedy wraca się do niej po latach, okazuje się, że tak naprawdę jest tam zaledwie kilka nieustannie powtarzanych motywów. W filmie sprawdza się to dobrze, jako samodzielny album szybo zaczyna nudzić. Tegoroczny soundtrack naprawia dawny, wynikający z braku doświadczenia błąd. To ponad czterdzieści minut zróżnicowanych dźwięków, fragmentów znanych i stworzonych od podstaw. Świetny materiał w połączeniu z obrazem, a także bez niego i ważny element sukcesu filmu Greena.

Nowe "Halloween" nie jest wolne od gatunkowych klisz, ale warto pamiętać, że oryginał część z nich ustalił lub utrwalił i rozprzestrzenił, a ewidentnie twórcom zależało na jak najbliższej więzi z filmem Carpentera. Jeżeli już miałby wytoczyć zarzut pod adresem fabuły, to byłoby nim zbyt wyraźne czerpanie z... "Terminator 2". Laurie Strode stała się tutaj gotową na wojnę, uzbrojoną po zęby i żądną zemsty kobietą, zupełnie jak Sarah Connor w swoim drugim starciu z "elektronicznym mordercą". Myers jest natomiast niemalże niemożliwą do powstrzymania siłą, z którą ostateczne trzeba będzie się zmierzyć. Zupełnie jak Terminator. Jeszcze innym problemem może być aktualność zbrodni dokonanych przez Michaela, które w dzisiejszym świecie nie wyglądają aż tak przerażająco... Green zdawał sobie z tego sprawę i w jednym z dialogów poddaje w wątpliwość nazywanie swojego antagonisty czystym złem, skoro ten tak naprawdę pozbawił życia "tylko" pięć osób. W porównaniu z szaleńcami, którzy topią własne dzieci w beczkach, mordują publiczność na koncertach albo bez skrupułów oddają strzały do kolegów z klasy, Myers zdaje się być mniej przerażający niż rzeczywistość.

Świat horroru zmienił się przez ostatnie czterdzieści lat. Stał się bezpardonowy jak "Piła" i przerażający jak "Ring", a dla każdego, kto na bieżąco śledził te zmiany "Halloween" z 2018 nie będzie ani straszne, ani brutalne. To klasyczny slasher, w którym napięcie i atmosfera mają nadrzędne znaczenie i przewrotnie ta archaiczna formuła w czasach, gdy niewielu po nią sięga jest powiewem świeżości. Widzieliśmy już zaktualizowane oblicza Michaela Myers - to po prostu nie działa, a teraz król wreszcie wrócił na tron.


Halloween

Tytuł oryginalny: Halloween

USA, 2018

Blumhouse Productions

Reżyseria: David Gordon Green

Obsada: Jamie Lee Curtis, Judy Greer, Andi Matichak

4,5/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive