Soundrive Live

Holy Fawn - "Death Spells"

Jelonek to stworzenie delikatne, które rozwija się jednak w coś potężnego, pełnego mocy i zwinnego. Tak trzy lata temu tłumaczył wybór nazwy wokalista zespołu - Ryan Osterman. To wtedy muzycy z Arizony wydali swój debiutancki album ("Realms"), a komentatorzy zaczęli mówić o połączeniu brzmienia Beach House i Wild Beasts.

W międzyczasie ich muzyka ewoluowała i, jeśli to w ogóle możliwe, nabrała jeszcze więcej mocy oraz oryginalności. Artyści przygotowywali swoją następną płytę przez całe dwa lata, ale efekt musi robić wrażenie na każdym fanie gatunku. Albo raczej gatunków.

 

"Death Spells" nie jest typową dla eterycznych zespołów wariacją na temat My Bloody Valentine/Slowidve/Cocteau Twins. W zamian za to Holy Fawn czerpie z kilku, tak różnych przecież, muzycznych stylów, by stworzyć coś swojego - psychodeliczny shoegaze z elementami hardcore'u i dream popu. Tak im to dobrze wyszło, że mogą być teraz uznawani za faworytów na najlepszy album roku w kilku kategoriach.

 

Jedną z bardziej charakterystycznych cech projektu jest wokal Ostermana. Podobnie jak muzyka, czerpie inspiracje z kilku muzycznych nurtów - raz jest delikatnie eteryczny, by w innych momentach zmienić się w przebojowy falset, a gdy trzeba, w hardcorowo-metalowe wycie. Zwłaszcza ta druga opcja najbardziej mnie przekonuje, słyszę w nim wyraźne wpływy psychodelii Tame Impala i chociaż widziałem już porównania głosu Ostermana do wokalu Jónsiego z Sigur Rós, to właśnie podobieństwo do twórczości Kevina Parkera i spółki sprawiło, że zastrzygłem uszami z radości i ciekawości.

 

Na płycie wita nas małe trzęsienie ziemi w "Dark Stone" - utworze, który mógłby być klasycznie shoegaze'owy, gdyby nie sposób zawiadamiania gitarowym hałasem. Ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach, by ogłuszyć i przestraszyć słuchaczy. Na tym tle wysoki wokal pełen jest podniosłości i emocji, a pod koniec zamienia się w metalowy skowyt we fragmencie, który brzmi jak eksperymentalna dekompozycja brutalnej gitarowej muzyki.

 

"Arrows" dodaje do tego jeszcze fantastycznie dreampopowy "refren", który znowu walczyć o swoje musi z eksperymentalnymi zabrudzeniami i gitarowym noisem. Podobny schemat pojawia się w kolejnych utworach, w każdym jednak brzmiąc trochę inaczej i szczytując we właściwie post-metalowym "Yawning". Ta mieszanina gatunków, wokal à la Parker i totalna degrengolada tradycyjnej struktury utworów to dla mnie ten psychodeliczny element dodający świeżości nieco skostniałemu gatunkowi, jakim mimo wszystko jest shoegaze.

 

Druga część płyty jest wyraźnie inna. Spokojna i bardzo eteryczna, pławi się w reverbach i gitarowych drone'ach, na tle których Osterman używa swojego wokalu numer jeden - eterycznego i rozmarzonego. I nawet kiedy sporadycznie zrobi się głośniej, jak w "Take Me With You", nie ma już tego wrażenia, jakby ktoś wystrzelił tuż obok z moździerza. W tym przypadku Holy Fawn stawia na bardziej tradycyjny shoegaze i w żadnym razie nie wychodzi na tym gorzej. Zwłaszcza, że w ostatnim numerze - epickim "Sleep Tongue" - wraca na obrany przez siebie wcześniej kurs.

 

Kombinacja psychodelii i shoegaze'u sprawdza się w muzyce Holy Fawn doskonale, co dostrzegł już wierny fan zespołu, lider This Patch of Sky - Kit Day, mówiąc o nich, że to najlepszy zespół na żywo, jaki widział. Nic dziwnego, że ich "Death Spells" to jedna z najlepszych gitarowych płyt początku jesieni.


Whelmed Records/2018


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive