Soundrive Live

43. FPFF: Dziura w głowie

 

"To jakiś David Lynch?" - usłyszałem takie pytanie, kiedy po powrocie do domu opowiadałem, co dzisiaj oglądałem na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i faktycznie "Dziura w głowie" to "jakiś Lynch", a nawet bardziej nijaki.

Pełnometrażowy debiut Piotra Subbotko - zrealizowany na podstawie własnego scenariusza - wygląda tak, jakby któregoś weekendu reżyser zaserwował sobie maraton z wszystkimi trzema sezonami "Twin Peaks", a na koniec uznał, że fajnie byłoby zrobić coś podobnego. Co w tym trudnego? Wystarczy przecież usytuować akcję w małej miejscowości z dala od miejskiego zgiełku, uczynić swojego głównego bohatera dziwakiem, innym wcisnąć kilka niedorzecznych, ale też zagadkowych dialogów, a do tego delikatny wątek paranormalny i voilà, nie dość, że Lynch, to jeszcze film konkursowy jak z przepisu. Problem w tym, że poza składnikami trzeba znać także proporcje i właśnie tego "Dziurze w głowie" zabrakło.

 

Głównym bohaterem jest Chudy (Bartłomiej Topa) - aktorzyna, którego nie da się polubić. Już na przywitanie pozuje na cwaniaczka w okularach przeciwsłonecznych udającego obcokrajowca tylko po to, aby wykręcić się od poniesienia odpowiedzialności karnej. Typ kolesia bez wstydu wmawiającego nauczycielowi, że pies zjadł jego pracę domową. Kwadrans później nie ma już żadnych wątpliwości - będziemy mieć do czynienia z jedną z tych wymęczonych życiem postaci, które powoli popadają w obłęd, a przy okazji wprowadzają do filmu nutkę surrealizmu.

Chudy nie ma już siły na to całe aktorstwo, powątpiewa, czy sztuka w ogóle jest jeszcze potrzebna, więc gdy tylko jego objazdowa trupa trafia w okolice rodzinnej wsi, zostawia kolegów i koleżankę na lodzie, zabiera ich jedyny środek transportu i wparowuje do domu matki, z którą nie kontaktował się od jedenastu lat. Matka jest przykuta do łóżka, to jej ostatnie dni, ale strudzony aktor ma ważniejsze problemy - jest mu źle! W dodatku jego pokój zajmuje Andrzejek, mężczyzna o niedookreślonym zaburzeniu ograniczającym kontrakty z rzeczywistością, którego Chudy bezceremonialnie wyrzuca na łóżko polowe rozłożone w kuchni. Później wiadomo co musi nastać - leczący duszę romans. Naprawdę nie da się go polubić.

 

Chudy z czasem zaczyna dostrzegać w Andrzejku siebie samego, widzi w nim sobowtóra czy - jakby powiedział David Lynch - doppelgangera i z tego ma wynikać "zaskakujące zakończenie", które twórcy z dumą zapowiadają w notce prasowej. Zaskoczenia jednak nie ma, bo to historia szyta grubymi nićmi i łatwo się domyślić, do jakiego "twistu" reżyser zmierza. Zanim to jednak nastąpi, będziecie musieli wysłuchać szeregu koszmarnie napisanych dialogów (z wymianą zdań na temat chodzenia po czyichś śladach na czele) albo wpatrywać się w milczące twarze skierowane wprost ku kamerze (tani chwyt żebrzący o przypisanie filmowi walorów artystycznych). Będziecie musieli przełknąć także tak potężną dawkę pretensjonalności, że przełyki będą was boleć jeszcze przez kilka dni.

 

Nie będę owijać w bawełnę, ten seans był katorgą. Subbotko wybrał doskonały tytuł dla swojego debiutu, bo z każdym kolejnym kwadransem coraz bardziej chciałem wydrapać sobie dziurę w głowie i uwolnić się od mąk oglądania tej topornej, siłowo udziwnionej wizji, która prawdopodobnie miała być sztuką dla sztuki, o jaką w pewnym momencie niemalże pięściami walczą fikcyjni aktorzy z trupy Chudego, ale ten frazes nie może być tarczą ochraniającą każdy banał roszczący sobie prawo do miana niezrozumiałego, a może nawet wyklętego arcydzieła.


Dziura w głowie

Polska, 2017

Argomedia

Reżyseria: Piotr Subbotko

Obsada: Bartłomiej Topa, Andrzej Szeremeta, Sandra Korzeniak

Ocena: 1/5


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2019 Soundrive