Soundrive Live

Soundrive Festival 2018. Dzień 2

 

Zakończył się drugi dzień Soundrive Festival - dzień spod znaku nowej fali wyspiarskiego rapu od Flohio i Rejjiego Snowa, ale również dzień, w którym do swojej bajki zaprosiła Princess Chelsea, Promiseland pokazał, na czym polega muzyczne ADHD, a Death in Rome udowodnił, że Modern Talking może brzmieć spektakularnie.

Drugi dzień festiwalu nie mógł zacząć się lepiej dla wszystkich, których po pierwszym dniu dopadło zmęczenie. Otwierające swoje sceny HMLTD i Promiseland zaserwowały widzom skondensowaną dawkę energii mogąca dobudzić nawet najbardziej nieżywych. Ci pierwsi zdobyli zaszczytny tytuł najdziwniejszego zespołu festiwalu, zwłaszcza wokalista Henry Spychalski przyciągał wzrok widowni. Mający nazwisko po pochodzącym z Polski dziadku artysta na dresowe spodnie nałożył frak, a głowę zakrył militarną czapką, a co najdziwniejsze, nie odstawał w tym od swoich kolegów. O ile ich wizerunek jest wypadkową osiedlowego hip-hopu i czegoś blisko new romantic, to muzyka, jaką grają łączy w sobie jeszcze więcej składowych. Anglicy rozerwali publikę synthowymi klawiszami, rockowymi gitarami, post-punkowym wokalem i industrialnym hałasem. Eklektyzmem i energią zaskarbili sobie sympatię widzów, nawet mimo tego że gitarzysta miał na sobie koszulkę sławiącą Gucci Gucci Gang Gang.

Podobnie energetycznie, a zupełnie inaczej muzycznie wypadł Promiseland, czyli Johann Rashid. Muzyk z Australii zaprezentował prawdziwe muzyczne ADHD w swojej trochę tanecznej, a czasem trochę noise'owej elektronice. Ale to zdecydowanie nie wszystko, bo wykrzykując teksty utworów chodził na rękach, filmował publiczność i biegał po całej hali testując zasięg bezprzewodowego mikrofonu. Rzadko się zdarza by ludzie w pierwszym rzędzie wyciągali szyje w poszukiwaniu śpiewającego artysty. Jeśli to nie jest jeszcze szaleństwo, to jest go już całkiem blisko.

 

Jako że ani nadzieja brytyjskiego rapu - Flohio, ani udowadniający, że rock'n'roll nie umarł, gitarowe Himalayas w żaden sposób nie zwolniły tempa, znużonych trudami wylewania z siebie potów mogła skusić scena Cargo. Postawiona w pomieszczeniu, które na co dzień wciąż służy za warsztat, podobnie jak wczoraj, gościła artystów okołoambientowych. Zastawiona żelazem i pachnąca smarem i robotogodzinami przestrzeń fantastycznie pasuje do hipnotycznej elektroniki. Najlepiej zaprezentował się na niej Tomasz Mreńca, który dźwięki skrzypiec pogodził z zapętlonymi samplami i łagodnym ambientem. Nie trudno było odpłynąć, siedząc na leżaku i wpatrując się w światła rozświetlające industrialne ściany.

Kolejnym punktem programu na dużej scenie było powtórne zstąpienie Princess Chelsea. Nowozelandka wczoraj towarzyszyła Jonathanowi Bree, dzisiaj Bree towarzyszył jej, grając na gitarze. Jeśli dla kogoś jego obecność była tajemnicą, szybko rozwiało ją wspólne wykonanie hitowego "Cigarette Duet". Ten koncert od początku do końca brzmiał i wyglądał jak wyjęty z bajki - urocza osobowość artystki, dzwonki (na których zresztą zagrała imponujące i wcale nie tak delikatne solo) oraz oświetlenie. Zwłaszcza, gdy podczas "Too Many People" na scenie pojawiła się dyskotekowa kula rzucająca refleksy na całą halę, fani mogli poczuć się jak we wnętrzu magicznej kuli. Trzeba przyznać, że w koleżeńskim pojedynku Chelsea prawie dorównała spektaklowi Jonathana z czwartku.

Death in Rome kochają Polską i są w Polsce kochani. Nic dziwnego, że aby uczcić pierwsze tournee po naszym kraju, zdecydowali się nagrać cover wybranego przez fanów utworu. Padło na "Białą Armię" Bajmu, której niestety zabrakło podczas koncertu Niemców na scenie Slipway, najwyraźniej język polski zbyt poważnie zagrażał kontuzją języka. Nie zabrakło natomiast innych posępnych coverów zagranych w konwencji łączącej głęboki industrial i dark folk, na czele z utworami George'a Michaela ("Careless Whisper") i Modern Talking ("You're My Heart, You're My Soul"). Zwłaszcza ten ostatni - połączony z zapadającą w pamięć sceną, w której zakrwawiony Jezus objawia się zakonnicy - zrobił solidne wrażenie.

 

A jeśli ktoś czuł niedosyt ambitnego hip-hopu, główną scenę zamknął występ posiadacza najmilszego raperskiego wokalu - Rejjie Snowa. Gdy to piszę, okna Plenum drżą w posadach w rytm muzyki Leona Vynehalla, a reszta Ulicy Elektryków czeka na ostatni dzień festiwalu i koncerty Boy Pablo, Holy Motors i Floating Points.

 

Rysunki: Edyta Krzyżanowska


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive