Soundrive Live

Kelvyn Colt: Więcej niż chłopak z mojego pokolenia

 

Kelvyn Colt ma w sobie coś z trenera personalnego. Z łatwością przychodzi mu formułowanie motywujących wypowiedzi, które balansują na granicy banału. Ma dwadzieścia cztery lata, świetnie przyjętą EP-kę "LH914 " i bardzo konkretne przemyślenia na temat branży muzycznej.

W najbliższą sobotę, 1 września, wystąpi na festiwalu Soundrive. Pochodzący z Nigerii, a wychowany w Niemczech raper pokaże, dlaczego jego kariera w tak błyskawicznym czasie nabrała takiego tempa. Już bez wdawania się w analizy, na które pozwolił sobie poniżej...

 

Karolina Wanat: Jak z perspektywy czasu wspominasz momenty, kiedy osoby z branży niechętnie podchodziły do twojej artystycznej wizji i sceptycznie wypowiadały się o twojej ewentualnej karierze?

Kelvyn Colt: Tak naprawdę dzisiaj wcale nie mam łatwiej. Nadal muszę komuś coś udowadniać i walczyć o swoje. Taka jest natura tej profesji.

 

Rzuciłeś studia, w pogoni za marzeniami przeniosłeś się do Londynu, tam, jak powtarzasz, zacząłeś naprawdę robić to, co kochasz... Brzmi to banalnie niczym scenariusz komedii romantycznej. Brakuje tylko: I żył długo i szczęśliwie. Ale mówimy o prawdziwym życiu, a codzienność potrafi być bardzo brutalna.

Studiowałem prawo. Bardzo szybko zauważyłem, że potrafię być najlepszy tylko w tym, co sprawia mi przyjemność. Miałem propozycje od wielkich korporacji, które chciały, żebym dla nich pracował. Wiedziałem, że nie sprawiłoby mi to satysfakcji. Sukces oznacza wysiłek, poświęcenie i ciągłą walkę. Możesz mieć w dupie swoją pracę, zapominać o niej, jak tylko wychodzisz do domu i nie poświęcać jej dodatkowego czasu - wtedy nigdy nie dojdziesz do perfekcji. Jako artysta, żeby osiągnąć sukces, muszę być najlepszy. Hasło "rzuć wszystko i rób to, co kochasz " rzeczywiście brzmi jak banał, a jednocześnie jest dla mnie najważniejszą wskazówką.

Kontakt ze sztuką zacząłeś od malowania?

Tak, to prawda. Nadal mam kilka swoich obrazów. Interesowałem się również grafiką.

 

A muzyka?

W moim domu muzyka była czymś naturalnym. Hip-hopu słuchali moi rodzice oraz ich znajomi, którzy przychodzili w odwiedziny.

 

A twoja kreatywna strona? Skąd się wzięła?

To bardzo dobre pytanie. Spośród moich bliskich nikt nie zajmuje się sztuką. Moja mama chciała być architektem, malowała, ale nigdy nie traktowała tego poważnie. Dla mnie sztuka szybko stała się sposobem ekspresji.

 

Jak wyglądały twoje początki?

Zacząłem od poezji. Potem rapowałem wykorzystując znane bity. Uczyłem się tekstów Notoriousa, Tupaca... Odnalazłem klimat, w którym dobrze się czułem. W końcu byłem gotowy, żeby tworzyć własne kawałki od początku do końca.

Słuchałeś dużo różnej muzyki czy tylko hip-hopu?

Kiedy dorastałem, słuchałem mnóstwo soulu, r'n'b no i hip-hopu. Uwielbiałem Kida Cudi i Eminema. Dużo szukałem, podobało mi się wynajdywanie nowości. To był czas, kiedy nie było serwisów streamingowych, nie było spotify. Skąd tylko się dało, ściągaliśmy mp3, a każdy modlił się, żeby pliki były bez wirusa.

 

Trzeba doświadczyć tych czasów, żeby zrozumieć je dzisiaj.

Dokładnie. Dzisiaj mamy wszystko pod ręką. Możemy dotrzeć do każdej informacji z taką łatwością. Moi starsi znajomi, kiedy chcieli posłuchać muzyki, musieli pójść do sklepu płytowego i kupić winyl lub płytę. Z drugiej strony, mój młodszy brat odpala ulubioną playlistę na Spotifyu i ma wszystko pod ręką. Jesteśmy zamknięci w informacyjnych bańkach, którymi rządzą algorytmy. Informacje, które do nas docierają, są zgodne z naszymi upodobaniami.

 

Muzyka pomagała ci dorosnąć?

Tak mi się wydaje. Pochodziłem z innego środowiska niż reszta dzieciaków w szkole. Czułem się odizolowany i samotny. Miałem wrażenie, że tacy artyści, jak Kid Cudi mówią właśnie do mnie. Że przechodzili przez to samo i doskonale rozumieją, co się ze mną dzieje.

 

Jako nastolatek starałeś się wtopić w tłum czy podkreślać swój indywidualizm?

Początkowo podświadomie dążyłem do tego, żeby być taki, jak reszta. W pewnym momencie dotarło do mnie, że jestem, jaki jestem i nie ma w tym nic złego.

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że na hip-hopowej scenie za dużo jest "buntowników bez powodu".

Wielu artystów ma ciekawe, unikatowe brzmienie, a swoim wizerunkiem wzbudzają zainteresowanie. Dochodzą jednak do momentu, w którym przestają być aż tak oryginalni. Pasuje tu słowo "przesłanie", którego jednak nie chcę używać, bo nie chcę zostać odebrany jak hip-hopowy nazista. Taki Lil Pump to raper, którego rodzice najchętniej trzymaliby jak najdalej od swoich dorastających dzieci. Jego wygląd, jego teksty o braniu narkotyków... Dzieciaki lgną do niego, bo ma bardzo kontrowersyjny przekaz. Kwestionuje przyjęte normy. Mówi: Pieprzcie to i tamto. Jednak gdy zaczniesz drążyć, okazuje się, że ten bunt nie ma żadnych podstaw. Marilyn Manson, Eminem - oni szokowali odbiorców, ale za tym buntem był głębszy przekaz. Dla wielu artystów kontrowersja jest tylko wabikiem. Dziś muzyka jest za darmo. Wystarczy, że przyciągniesz kogoś swoim wyglądem, a sprawdzi twoje nagranie. Nie trzeba cenić czyjejś pracy, żeby zdawać sobie sprawę z jego istnienia. Kiedyś, punktem wyjścia był szacunek do czyjejś twórczości. Dzisiaj wystarczy news, że ktoś zrobił coś dziwnego i w ten sposób zdobywa miliony odsłuchań i wyświetleń. Wcale nie przekłada się to na wieloletnią karierę muzyczną.

 

To wszystko brzmi logicznie i świetnie opisuje współczesny rynek muzyczny. Zrozumieć jego zasady to jedno, ale jak wykorzystujesz tę wiedzę?

Znając zasady gry, wiem, że jeśli nagle zrobię sobie dziwny tatuaż na twarzy, mam szansę zyskać miliony wyświetleń najnowszego teledysku. Tylko niekoniecznie jest to coś, z czego chcę być znany, a tym bardziej nie jest to komunikat, który chcę przekazać. Byliśmy kiedyś na spotkaniu z wysoko postawionym przedstawicielem wytwórni płytowej. Dużej wytwórni, która ma w swoim katalogu wielkich artystów. Jego wnioski - kawałki są świetne, muzyka fenomenalna i całość brzmi znakomicie, ale jestem zbyt ładny. Tak wygląda dziś branża muzyczna i rozrywkowa. Może nie jestem super popularny, ale mam bardzo dobrą więź z moimi fanami. Zwierzają mi się, opowiadają swoje historie i mówią, że w trudnych momentach moja muzyka im pomaga. Po to właśnie zacząłem tworzyć - żeby docierać do ludzi.

Inspirują cię inne rodzaje sztuki?

Czerpię inspiracje ze wszystkiego, co widzę. To może być artykuł w gazecie, obraz, budynek. Nie ograniczam się do muzyki. Interesują mnie nowinki techniczne. Stworzyliśmy narzędzie, za pomocą którego fani mogą głosować, gdzie chcieliby, żebym zagrał koncert. Wywracamy do góry nogami cały proces bookowania koncertów. Z jednej strony staje się on interaktywny i ciekawy dla fanów, a jednocześnie mogę uniezależnić się od oldschoolowego systemu.

 

Wiele podróżujesz. Czy to napędza twoją kreatywność?

Zdecydowanie. W nowych miejscach dostrzegam różnorodne pomysły i dominujące w różnych krajach trendy. Dzięki temu moje brzmienie nabiera pewnej unikatowości. Staje się czymś więcej niż tylko muzyką z Niemiec, więcej niż muzyką chłopaka z mojego pokolenia. Jednocześnie ma elementy, które dla każdego mogą zabrzmieć znajomo. 

 

Zawsze byłeś taki otwarty na różne kultury? Czy zaczęło się od twojego wyjazdu do Londynu?

Zawsze. Pochodzę z wielokulturowego domu. Dorastałem w Niemczech, mój tata pochodzi z Nigerii. Mój pokój nigdy nie był tylko dla mnie. Cały czas przyjmowaliśmy gości z Nigerii czy Stanów. Zawsze był to ktoś starszy ode mnie. Kuzyn, wujek, ciotki. To również miało wpływ na moje dorastanie.

 

 

Co masz obecnie w planach?

Chcę rozwijać możliwości, jakie daje nam współczesna technologia. Zwiększyć interakcję z moimi fanami. Zgłasza się do nas wiele marek modowych, które chcą współpracować. Szczerze, nie jestem fanem pozowania z produktem i udostępniania takich zdjęć na instagramie. Nie chcę zamienić się w billboard. Dla mnie liczy się jakość.

 

Miałeś wątpliwości, kiedy pojawiła się oferta w wykorzystaniu twojego kawałka w reklamie szamponu Head & Shoulders?

Oczywiście. Z jednej strony wiedzieliśmy, że Procter & Gamble bardzo starannie dobiera artystów do współpracy. Z drugiej - każda korporacja ma w szafie jakiegoś trupa. Powiedziałem "tak", dopiero wówczas, kiedy nie znalazłem o nich nic, co wzbudziłoby moje wątpliwości. Często jednak mówimy "nie". W swojej historii odrzuciliśmy wiele propozycji reklam, zamkniętych koncertów, kampanii reklamowych, współpracy z różnymi DJ-ami. Wiarygodność i jakość są dla mnie najważniejsze. Bardzo łatwo zgodzić się na wszystko

 

Myślisz o wydaniu regularnego albumu?

Tak, chociaż raczej nie wydarzy się to w najbliższym czasie. W planach nadal mam EP-ki i single. Album kusi mnie, ale mam wrażenie, że to jeszcze nie jest dobry moment. Z mojego wydawnictwa "LH914" najbardziej lubię "Under My Skin". Jeśli ktoś zna moją twórczość pobieżnie, raczej nie słyszał tego kawałka. Jest wolny, inspirowany brzmieniem r'n'b. Nie jest udostępniany na wielu playlistach, nie miał znacznego odzewu w mediach. Zanim wydam płytę, chcę wiedzieć, że będę miał taką grupę fanów, która będzie gotowa przesłuchać jej w całości.

 

Co się stanie, kiedy muzyka przestanie wystarczać ci w samorealizacji?

Wydaje mi się, że dzieje się to już teraz. Stąd angażuję się w inne sprawy. Chciałbym mieć moją własną wytwórnię, gdzie zamiast podpisywać artystów, będę ich partnerem i pomogę im uniknąć wszystkich problemów, przez które sam przechodziłem.

 

Kelvyn Colt wystąpi na Soundrive Festival 2018 w towarzystwie między innymi Floating Points, Rejjiego Snowa, Scarlxrda, Princess Chelsea czy Japanese Breakfast. Sczegóły TUTAJ.

 


NAJNOWSZE WYWIADY

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive